CZ.V: "The War... is over - End of a Dream"
Czym jest więc ludzkie życie? Marnym wycinkiem z gazety? Nic nie liczącym się i do tego tak niedoskonałym zdjęciem? Nie dla mnie. Zależy mi na życiu i wiem, że marnując czyjeś, marnujemy swoje skazując je na kolejną "odsiadkę" w tym świecie. Żyjąc według zasad otrzymujemy przepustkę... zaproszenie tam. Mamy zaszczyt stać się częścią idealnego społeczeństwa... społeczeństwa jakim powinniśmy być od początku. Stało się jednak tak, że do tego musimy dążyć. W mieście wrzało. Sekta poszerzała swe wpływy, a malutcy względem niej wierni ślepo wierzyli w cud. Wiedziałem, że coś się szykuje. Czułem, że coś wisi w powietrzu - i nie był to zapach kurczaka z rożna. W wiadomościach podano niedawno, że gdzieś na slumsach pobito jakiegoś mężczyznę. Podobno jeszcze przed śmiercią powtarzał: "Nic mi nie możecie zrobić...". O jeden głos na świecie mniej. O jeden za dużo. A jednak... przez kolejny miesiąc od pobicia zginęło 13 osób. Jak się później okazało - wszyscy byli "wierni". Pomimo usilnych starań głosu w duszy, nadal czułem ogromne wyrzuty sumienia z powodu śmierci tamtych ludzi jak również następnych, co niewątpliwie nastąpi. Czułem to a poza tym już zaczęły się zbiorowe manifestacje obu stron. Niejednokrotnie dochodziło do czynnych zamieszek. W ciągu zaledwie trzech miesięcy miasto stało się terenem pochodów, ostrych manifestacji i akcji, które tylko poszerzały i tak już duże konflikty społeczne. Napięcie rosło w zatrważającym tempie. Nawet się nie spostrzegłem jak do wszystkiego dołączył się rząd i wojsko. Do miasta wkroczyły ciężkie maszyny i czołgi. Wprowadzono godziny policyjne. Patrole objeżdżały miasto regularnie. Jednak to nie przeszkodziło w prowadzeniu sporów, teraz już nie tylko religijnych ale i politycznych, ekonomicznych i wszelakich innych, w których chodziło o władzę czy pieniądze. Kolejne dni i tygodnie przynosiły ofiary po obu stronach. Oprócz tego w wojsku, policji i samych cywilach. To wyglądało jak wojna. Mimo to nie bałem się przychodzić na granicę. Ołów świstał tam sporadycznie. Przesiadywałem tam całe dnie rozmyślając i ubolewając nad tym co się stało z tym miastem... nad tym... co Ja z nim zrobiłem. Patrząc na to z północnej granicy, widziałem jedynie cierpienie, ból i śmierć. Mało kto wychodził z domów. Jak już, zakładali kamizelki kevlarowe lub chociaż wkładali patelnie pod ubranie. Przykre ale prawdziwe... W szczytowej fazie demonstracji i starć klimat był co najmniej szokująco-wstrząsający. Czułem, że z miasta ucieka życie. Z dnia na dzień cichł duchowy gwar... Ostatni głos ucichł trzynaście miesięcy po pierwszych publicznych zamieszkach. Teraz zostałem tylko ja i Tia. Wszelki człowiek ucichł w gruzach upadłej utopii. Nie zrobiłem nic... absolutnie nic by temu zapobiec. Nie wiem ile byłbym w stanie zrobić ale i tak nie zamierzałem robić nic.
"Po co ratować czyjeś życie skoro go nie szanujemy? Po co ratować życie skoro nie znamy jego wartości Skoro go nie doceniamy? Po co...?"
Miasto odeszło. Teraz, w zakurzonym powietrzu, z trudem podnosiły się umierające budowle. Wydawały się chylić przede mną, składając pokłony. Wszystko wyglądało jak starożytne świątynie zniszczone czasem tysięcy lat. I pomyśleć, że miasto to wybudowano zaledwie 30 lat temu. Wybudowano by zniszczyć... Spoglądałem dookoła ze spokojem, mimo iż w moich oczach widać było rozpacz, cierpienie i... ubolewanie nad głupotą i bezmyślnością człowieka. Było mi wstyd... też jestem człowiekiem... Ze spuszczoną głową wstałem i spojrzałem w niebo. Ruszyłem popękanym asfaltem. Minąłem parking i ruszyłem w kierunku parku, a przynajmniej w stronę gdzie kiedyś był park - jedyny publiczny, w którym były prawdziwe rośliny - trawniki i drzewa. Doszedłem do kamiennego posągu. Niegdyś w zielonych obłokach fontanna biła stąd krystalicznie czystą wodą prosto z Matki - Ziemi... Dzisiaj wszystko wygląda inaczej... Pamiętam jak ktoś kiedyś opowiadał mi o tym posągu, że kiedyś stała tu kamienna fontanna... Potem wybudowano tu pomnik dziewczyny stąpającej na minę obok której stoi bezradny chłopak. Pomnik, małej dziewczynki, która stawiając kolejny krok odchodzi w podróż pozostawiając chłopca przerażonego... samotnego. Czuję się podobnie. - Czy wiesz co tu się stało? - zapytałem spoglądając w spokojne oczy kamiennej dziewczynki. - Wiem... - odpowiedział równie spokojny głos w duszy - wiedziałam nawet wtedy - dodała. - Co? Nastąpiła dłuższa cisza. Na pomniku przy chłopcu zjawiła się postać małej, mądrej dziewczynki. Jej oczy zabłyszczały zwiastując nadchodzące łzy. - Naprawdę nie rozumiem ludzkiej natury - odezwała się po dłuższym milczeniu - po co tworzyć coś do niszczenia? I po co niszczyć tym coś co sami stworzyliśmy? - zapytała jakby samą siebie. Zastanawiałem się jeszcze chwilę nad obecną sceną i niezrozumiałym zachowaniem dziewczynki. - Rei... ty jesteś Rei - powiedziałem ostrożnie czytając popękaną tablicę na pomniku. - Był taki przerażony... - mówiła spoglądając w martwe oczy posągu chłopca - i niewinny - dodała chyląc głowę. - O rany!!! Nigdy bym nie pomyślał. Mieszkałaś tu przed wojną prawda? Dziewczynka znowu zamyślała się chwilę po czym powiedziała Historia lubi się powtarzać... Myślisz, że znowu odbudują to miasto?... Ludzie muszą się jeszcze dużo nauczyć...
"Nie potraficie uczyć się na własnych błędach gdyż nie potraficie przyznać się do nich... Waszą wadą jest to, że nie potraficie docenić tego co wam ofiarowano Ani nawet tego co sami stworzyliście... Żądacie zbyt wiele, niszcząc przy tym to co już macie... Minie wiele czasu zanim zrozumiecie cenę istnienia wszystkiego..."
Oddie (styczeń 2000)
|