Rozdział 4
Minęły prawie dwa miesiące. Na mszach pojawiałem się regularnie co tydzień. Pewnego razu kapłan poinformował mnie sucho, że już nadszedł czas mojego drugiego egzaminu. - Udowodniłeś, że potrafisz żyć i czuć jak Szatan. Dziś wieczór pokażesz, że umiesz także postępować jak Szatan. Jeżeli zdasz ten egzamin, zostaniesz przyjęty do wewnętrznego kręgu. Byłem jeszcze przerażająco naiwny, mimo tego wszystkiego, co przeżyłem wśród satanistów. Tak naiwny, że nowe wyzwanie napawało mnie dumą. Poczułem się wyróżniony, że po tak krótkim czasie awansuję do rangi ucznia. Wiedziałem w końcu, że w zgrai było mnóstwo osób, które latami czekają nadaremnie na takie wyróżnienie. A jednak ja spośród nich zwróciłem na siebie uwagę. Byłem z siebie zadowolony, gdyż na rozkaz umiałem bez skrupułów, bez zastanawiania się nad tym i bez najmniejszych odruchów współczucia bić obcych ludzi. Prawdopodobnie Piotrek opowiedział im o doskonałym humorze, w jakim się znajdowałem po każdej takiej akcji. Uznanie i szacunek, z jakim się spotykałem, sprawiał, że czułem się szczęśliwy. Dla kapłana moja euforia była jednak dowodem na to, ze przyjąłem Szatana i nadawałem się na dobrego lub raczej posłusznego ucznia. Jednego z tych, którzy przez wytrwały trening mogą osiągnąć pozycje kapłana. Zanim minie tydzień, także i ja będę należał do grupy uczniów. Do tej starannie wybranej elity, która gromadzi się wokół kapłana. Również i mnie będzie wolno nosić brązowy habit z kapturem, dostanę sza-tańską biblię (szóstą i siódmą księgę Mojżesza) i odwrócony krzyż - a więc przedmioty, które na pierwszy rzut oka odróżnią mnie od zgrai zwolenników. Znajdę nowy dom, mój nowy dom. Ta myśl sprawiała mi przyjemność. Do tej pory nie byłem świadkiem egzaminu na ucznia, a Piotrek milczał na ten temat jak zaklęty. Udzielał mi tylko najpotrzebniejszych informacji. Właściwie dlaczego? Ta uporczywa myśl psuła mój dobry nastrój. Obrazy bezlitosnego znęcania się nad ludźmi, które i mnie dotknęło podczas egzaminu wstępnego, zawładnęły moimi myślami, pozbawiły mnie pewności siebie. Ogarnęło mnie widmo strachu. Panika! Co zrobić mi tym razem? Czy podołam? Czy przeżyję? Z miękkimi kolanami I walącym jak miot sercem zająłem wskazane mi miejsce przed ołtarzem. Sprawiałem wrażenie opanowanego, wzrok utkwiłem w złotym kielichu w kształcie czaszki. W zamglonym blasku świec czaszka przybrała wyraz bezczelnie drwiącego pyska. Zamknąłem oczy i szybko potrząsnąłem głową, żeby przepędzić paraliżujące, tchórzliwe myśli. Przestań myśleć! Patrz gdzieś indziej, rozkazałem sobie. Wkroczył kapłan w otoczeniu czterech oprawców. Jeden z nich ciągnął za sobą owcę. Sprawnie i szybko przymocowali ja do ołtarza. Do tej pory ofiara ze zwierzęcia była punktem kulminacyjnym czarnej mszy i składano ją dopiero pod koniec spotkania. Dzisiaj wszystko było inaczej. Dzisiaj ofiara z owcy rozpoczęła msze. Jako pierwszy mogłem wypić krew zwierzęcia. Kapłan podął mi kielich ze słowami: - Skosztuj tej dobrej duszy, ona da ci siłę podołać twojemu zadaniu. Ulegle wypiłem pierwszy łyk. Później kapłan podniósł kielich do ust. Także i to było niezwykle, ponieważ normalnie on pił jako pierwszy i dopiero potem podawał napój uczniom. Tym razem nie. Kapłan odstawił kielich na blat ołtarza. Następnie pochylił się i wyciągnął z malej klatki, której wcześniej nie zauważyłem, chomika. Wetknął mi go do ręki, spojrzał surowo w oczy i rozkazał: - Jedz! Chyba musiałem się przesłyszeć! Przecież nie mówi tego serio! Zimny glos kapłana docierał do mnie coraz wyraźniej: - Masz odgryźć mu głowę! Przerażony gapiłem się na niego, nie dowierzając własnym uszom. - Nie mogę, nie mogę - szeptałem zduszonym głosem. Niewykonanie rozkazu! Jak mogłem sobie na to pozwolić? Kapłan schwycił nagle moją lewą rękę i złamał mi mały palec. Zamiast go jednak później puścić, ściskał go coraz mocniej. Wyłem i jęczałem. - Wsadź jego głowę do ust i odgryź! - bezlitośnie żądał kapłan. - Jeśli tego nie zrobisz, złożymy cię w ofierze! Szatan, nasz Pan wymaga od ciebie, żebyś czerpał z tego sile i oczyścił duszę z chrześcijaństwa. Stałem bez ruchu jak sparaliżowany. Jeden z oprawców złapał mnie i przytrzymał. Potem dwoma ciosami w zebra usiłowano przekonać mnie do wykonania polecenia. Z obrzydzeniem potrząsnąłem przecząco głową. Kapłan nie dal jednak za wygraną: - Jedz, rozkazuje ci Szatan, nasz Mistrz. Tylko w ten sposób twoja dusza zostanie oczyszczona i dostanie się do królestwa ciemności. Kapłan stanął bardzo blisko mnie. Poprzez kaptur czułem jego oddech na twarzy. Ciągle jeszcze ściskał moją dłoń i ból złamanej kości stawał się nieznośny. Całkowicie nieprzytomny i zrezygnowany uczyniłem to, co musiałem. Zapadła cisza. - Bardzo dobrze - pochwalił mnie mój prześladowca. - A teraz pogryź i połknij. o nie! Jak mam to zrobić? Resztkami cynizmu uciekłem się do pomocy wyobraźni. Usiłowałem sobie wyobrazić, że rozgryzam właśnie twardego cukierka. To pomogło, cholernie niewiele, ale pomogło. Mimo to potrzebowałem godzin, żeby wszystko połknąć. W tym czasie oprawcy trzymali mnie w szachu. Wciąż wzdrygałem się i chciałem zrezygnować. Kosztowało mnie to wiele trudu. Za każdą oznakę sprzeciwu i odmowy sypały się na mnie dalsze razy. Siłą powstrzymywałem się, żeby nie zwymiotować. - Nie próbuj rzygać! - szepnął mi jeden z oprawców do ucha i wykręcił mi lewe ramie do tyłu tak, że mi je wywichnął. Podczas gdy ja walczyłem ze łzami, dławiłem się, połykałem i znowu się dławiłem, reszta grupy klęczała wokół nas ze spuszczonymi głowami. Moim męczarniom towarzyszył monotonny pomruk ich modlitw. Kiedy już przeszedłem przez tę torturę, zostałem nagrodzony. Dostałem nowy habit, który mogłem natychmiast nałożyć i przysłonić twarz kapturem. Kapłan powrócił do ołtarza, na którym jeszcze leżała owca. Zręcznym ruchem zanurzył ręce w zwierzęciu i wyciągnął ociekające krwią serce. Podniósł je do góry na wyprostowanych ramionach i powiedział: - Przyjmijcie ofiarę i chwalcie Szatana! Nasz brat dowiódł, że ma w sobie żądzę mordu! Chwalcie Szatana! Kaptur skrywał i chłodził moją pulsującą z bólu twarz. Pod maską z brązowego materiału mogłem nareszcie odreagować całe nagromadzone we mnie obrzydzenie. Grymasy same malowały mi się na twarzy, ale na zewnątrz starałem się zachować spokój. Ta próba pokazała mi tylko jedno - byłem bezradny wobec brutalności sekty i związany z nią na wieki. Zapomniałem już o przyjemności, którą odczuwałem w czasie akcji wspólnoty. Kapłan upokorzył mnie i dał do zrozumienia, że to on jest tym, który posiada władzę, a ja nalezę do tych, którzy muszą się jej podporządkować. Kiedy Piotrek odwoził mnie rano do domu, robiłem mu wyrzuty. W końcu to on zapewniał mnie po egzaminie wstępnym, że nie może się już wydarzyć nic gorszego. Tłumaczył się wprawdzie, ale powiedział tez: - Tylko w ten sposób zbliżysz się do Szatana. Musisz czynić zło, a nienawiść ma stać się treścią twojego życia. Przechodząc przez trening obrzydzenia pozbywasz się zakorzenionych w tobie wartości chrześcijańskich. Potem poczujesz w sobie moc Szatana. Obiecując mi tę moc, która miała mi dać niepojętą siłę, Piotrek usiłował mnie pocieszyć. Nie wierzyłem w ani jedno słowo, miałem tylko nadzieję, że to prawda. Powoli zacząłem pojmować, że nikt nie przyłączyłby się do tych czcicieli Szatana, gdyby od początku grali w otwarte karty. Tego ranka Piotrek zawiózł mnie do szpitala, chociaż wcale go o to nie prosiłem. Lekarz dyżurny opatrywał mnie nie po raz pierwszy. Po badaniu powiedział kręcąc głową: - Czy nie mógłbyś prowadzić normalnego życia, chłopcze? Co jeszcze zamierzasz zdziałać? Zdawał sobie jednak sprawę, że wypytywanie i dochodzenie prawdy spowoduje tylko serię kłamstw i nic więcej. Z tego powodu nie pytał mnie już o przyczynę moich obrażeń. Lubiłem go. Uśmiechnąłem się do niego zadziornie, a on zabrał się do pracy. Nastawił mi ramię, założył opatrunek na moje obolałe żebra, wsadził w gips złamany łokieć i palec. I tak nie mogłem zbyt długo nosić łagodzących ból opatrunków. W internacie zgłosiłem, że jestem chory i skłamałem, że spędzę te trzy dni zwolnienia u siostry. W rzeczywistości przenocowałem u mojego przyjaciela z dzieciństwa Svena. Zanim wróciłem do internatu, pomógł mi, choć niechętnie, zdjąć gips. Nie rozumiał, o co mi chodzi, ale któż mnie wówczas rozumiał? Poza tym działałem według zasady satanistów - głoś swoją wiarę, ale nigdy wsród chrześcijan, bo jej nie pojmą. Jak wytłumaczyłbym nowy gips mojemu wychowawcy? Jak mógłbym opowiedzieć katolickim wychowawcom o sile Szatana? Nie miałem ochoty wysłuchiwać nudnego zrzędzenia. Aby uniknąć nowego przesłuchania, wołałem już bez szemrania chodzić na praktykę malarską ze spuchniętymi I bolącymi kończynami. Żeby przetrzymać dzień, zaciskałem zęby i starałem się zapomnieć o bólu, powtarzając bez przerwy, jak modlitwę przewodnią myśl satanistów: - Służ Szatanowi, on da ci siłę. Służ Szatanowi, on da ci siłę... Właściwie miałem potężnego cykora, ze bogobojni wychowawcy w internacie dowiedzą się o moich praktykach satanistycznych. Ta obawa pomogła mi wytrzymać bez ochronnego opatrunku gipsowego. Wmawiałem sobie, że działam w służbie Szatanowi. Będzie ze mnie dumny. Jednocześnie odczuwałem pogardę dla wychowawców. Cóż to byli za głupcy! Zarówno opiekunowie, jak i koledzy. Ja, Łukasz - niechciane dziecko, ja, Łukasz - z domu dziecka, byłem teraz uczniem Szatana i posiadałem moc Lucyfera. A ta moc dawała mi nieprawdopodobną siłę. Siłę Szatana. Dzięki niej byłem wystarczająco pewny siebie, żeby odgrywać coś przed tymi nie mającymi o niczym pojęcia zarozumialcami. Podobałem się sobie w roli odszczepieńca, odmieńca i męczennika. Mój ból zniknął jak ręką odjął. Uśmierzyłem go. Działałem jak w transie. Czułem się wspaniale. W następnych dniach musiałem pić bardzo dużo, żeby pozbyć się z gardła futrzanego osadu. Jednak tak naprawdę ten posmak chomika nie chciał minąć. Straciłem również apetyt, na mięso nie byłem w stanie spojrzeć. Wciąż bolał mnie brzuch, a kiedy mi się odbijało, czułem w ustach zatęchły smród. Ale nawet nie mogłem wsadzić palców w gardło! Mysi, ze miałbym zobaczyć to zwierze jeszcze raz, w jakiejkolwiek postaci, doprowadzała mnie do szaleństwa.
Im mniej dni pozostawało do następnej soboty, tym mniejszą miałem ochotę na spotkanie z Szatanem. Bałem się następnej mszy. Odczuwałem strach przed tym, co jeszcze może się zdarzyć. Ale pojawiało się we mnie też niezrozumiałe pragnienie, które zniewalało myśli i kazało mi iść na mszę. W końcu nie na każdej mszy będę musiał zjadać chomika. Ta myśl uspokoiła mnie. Znowu zakiełkowała we mnie odwaga. Ciągnęło mnie do tej wspólnoty, która właściwie wspólnotą nie była. Nie podejmowaliśmy wspólnych decyzji, robił to za nas kapłan. Mimo to była to moja grupa. Byli jedynymi ludźmi, dającymi mi wspaniałe, drogocenne poczucie, że nie jestem zerem. Pod koniec tygodnia nastrój mi się poprawił i czułem się przyjemnie pusty. Tak, pusty, gdyż wszystko we mnie wygasło i umarło. Czy to były moje uczucia? Moja dusza? Zdawało się, ze pożegnałem się z dobrą stroną mojego sumienia. Trening obrzydzenia osiągnął swój cel. Zalecono mi tylko pić regularnie krew, żeby oczyścić duszę z chrześcijaństwa. Poszedłem w tym celu do rzeźnika i wymyśliłem historyjkę o babce, która przygotowuje ze świńskiej krwi znakomite sosy. Na twarzy rzeźnika nie pokazał się cień niedowierzania, a ja dostałem to, czego chciałem. Po co dobrowolnie, bez najmniejszego przymusu piłem krew? Stało się dla mnie jasne, że jestem obserwowany przez demony Pana. Wiedzieli tak nieprawdopodobnie wiele o mnie. Za dużo. Sprawy, o których nie mógł mieć pojęcia nawet mój stary przyjaciel Piotrek, gdyż wydarzyły się już po wyprowadzce z domu i rozstaniu z nim. Uwierzyłem, że sataniści są wszędzie. Gdybym nie pił tej kiwi w internacie, jaka kara spotkałaby mnie tym razem? Może pobito by mnie, a może złożono ze mnie ofiarę. Zawsze towarzyszył mi koszmar, strach górujący nad wszystkim. Śmierć na ołtarzu u satanistów. Byłem więźniem własnego strachu. Nie, to już wole pić krew. Krew smakuje lepiej od śmierci. A pożyć jeszcze chciałem, przynajmniej jeszcze trochę. W porządku, moje życie układało się do dupy, ale nie chciałem tak szybko rezygnować. Jeszcze nie!
W początkach kwietnia, jakieś trzy tygodnie po moim egzaminie, odwiedził naszą grupę amerykański kapłan. Potwierdził opowieści, że jesteśmy częścią organizacji międzynarodowej, posiadającej dużą władzę i ogromne wpływy. Ten kapłan był inny, sprawiał obrzydliwe i niesamowite wrażenie. Jeszcze przed rozpoczęciem mszy zostałem, jako nowy uczeń, wezwany do pokoiku na tyłach budynku. Piotrek zdążył mnie tylko krótko ostrzec: - Mów tylko to, co myślisz i w żadnym wypadku nic innego. Wiedziałem już, że mogę polegać na jego radach. Bardzo często mi pomogły. Kiedy stanąłem przed tajemniczą sylwetką skrytego pod habitem Amerykanina, ogarnęło mnie dziwne, paraliżujące uczucie. Promieniowało od niego cos obcego, zagrażającego, prawie demonicznego. Mogłem to odczytać tylko z jego oczu, a myliłem się rzadko. Będąc wśród satanistów nauczyłem się oceniać ludzi po wyrazie oczu. Zresztą nie miałem innej możliwości, ponieważ wszyscy byli stale zamaskowani. W jego spojrzeniu była bezwzględność i surowość, kiedy spytał szorstko: - Jaka wiarę przyjąłeś? Z dobrym wychowaniem to ten typ miał niewiele wspólnego. - Żadnej - odpowiedziałem, pamiętając słowa Piotrka, żeby trzymać się prawdy. Na tym się jednak skończyło. Jego pięść wylądowała na mojej twarzy. Jednocześnie kopnął mnie w udo. Upadłem na ziemię, ale on nie przestawał na mnie nacierać. Bił jak profesjonalista, gdyż nic mi nie złamał. Zwijając się z bólu leżałem przed nim na podłodze I nie mogłem się podnieść. - Przyjąłeś wiarę Szatana, a poza tym żadnej innej - usłyszałem tuż nad uchem jego głos. Ten facet znakomicie mówił po niemiecku. Prawie nie było słychać amerykańskiego akcentu. - Zapamiętaj to sobie - wiarę Szatana! - powtarzał to zdanie na okrągło, nie przestając mnie kopać. Dobrze - myślałem - wierze w Szatana i jestem diabłem. Przysięgam, że z moich ust nie wydostał się żaden dźwięk. Mimo to on syknął mi do ucha: - Nie jesteś diabłem, jesteś synem Szatana. O rany! Ten facet czytał w myślach! To było najgorsze odkrycie podczas tego spotkania. Ukradł mi moje jedyne schronienie, moją jedyną własność. Moje najskrytsze myśli były dla niego jak otwarta książka. Zgniótł mnie, wdarł się we mnie jak złodziej do skarbca, Po kryjomu, z wyrachowaniem i po cichu. "Myśli są wolne" - mogłem zapomnieć o tym haśle. W mig udało mu się dokonać dzięki swoim nieprawdopodobnym zdolnościom czegoś, czego nie udało się zrobić naszemu kapłanowi od chwili mojego wstąpienia do sekty. Złamał mnie, pozbawił mnie wolności - wolności myślenia. Stałem się przezroczysty jak szkło i tak samo jak ono, kruchy. Był czarodziejem, Szatanem w ludzkiej postaci. Włosy stanęły mi dęba, zimny pot wystąpił na ciele. Zacisnąłem oczy i starałem się za wszelką cenę przestać myśleć. Tylko nie myśleć, przyjąć wszystko bez sprzeciwu. Pod wpływem jego kopniaków straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem, Amerykanin wciąż jeszcze stał koło mnie. Rozmawiał cicho z dwoma innymi uczniami. Chciałem wyjść. Uciec z tego okropnego pokoju, uciec stąd, od tego agresywnego szaleńca z siłą Szatana. Po prostu zwiać. Marzyłem, żeby uwolnić się od tej niepojętej siły, od Szatana, który czerpał przyjemność z mojego cierpienia, bólu i upokorzenia. Nagle kapłan odwrócił się do mnie. Nieświadomie zamknąłem oczy i wstrzymałem oddech. Moje ciało i twarz owiał lodowaty oddech kapłana. Wyszeptał tonem nie znoszącym sprzeciwu: - Jeśli odejdziesz, zginiesz. Nim to nastąpi, będziesz nieskończenie nieszczęśliwy. Nie pojąłem wówczas, o co chodzi z tym "nieskończenie nieszczęśliwy". Nic mi to nie mówiło. Zapamiętałem jednak to zdanie. Dopiero dużo później miałem zrozumieć jego sens. Z odrazą podniósł mnie do góry, przydusił ramieniem od tylu i wyskrzeczał: - Jeśli poprzesz Szatana i przyjmiesz jego wiarę, będziesz szczęśliwy. Nie odpowiedziałem i wstrzymałem myśli. Dopiero na zewnątrz ośmieliłem się pomyśleć: Jak można być szczęśliwym, kiedy jest się ciągle bitym? Tylko czysta przemoc, i nic więcej, miała mnie nauczyć czcić Szatana. To była ich recepta, ale mnie odstraszała ta ciągła przemoc. Nie wiem właściwie dlaczego, bo przecież byłem do niej przyzwyczajony. Od dzieciństwa było to jedyne prawo, któremu musiałem się stale podporządkowywać. Na przykład mój ojczym zmienił to prawo w okrutną zabawę. Kiedy miałem trzy lata, poszliśmy na spacer nad kanał. Nagle ojczym doszedł do wniosku, ze nadeszła pora, żebym nauczył się pływać. Nie zastanawiając się ani chwili, wrzucił mnie do wody. Walczyłem o życie! Nawet kiedy już po tym wydarzeniu wiedziałem, że umiem utrzymać się na powierzchni, unikałem basenów jak ognia. Od tamtej pory nie wszedłem jeszcze dobrowolnie do wody. Innym razem ojczym zabrał moją młodszą siostrę Katię i mnie na kiermasz. Czy to było mile? Także i tam obowiązywała zasada - będziemy się dobrze bawić, ale to ja ustalam, co znaczy dobra zabawa. Pomimo ze panicznie bałem się kolejki wysokościowej, zmusił mnie do jazdy w zawrotnym tempie przez góry i doliny. Po prostu zignorował moje wrzaski i płacz. Od tego czasu cierpię na lęk wysokości. Chociaż z jednej strony odpychało mnie bezlitosne okrucieństwo sekty, z drugiej czułem się wśród satanistów jak u siebie. Może dlatego, że metody, którymi się posługiwali, przypominały mi dzieciństwo. Amerykański kapłan nie używał na przykład żadnych formułek grzecznościowych i nie marnował czasu na powitania. Narzucał każdemu swoją wolę - bezpośrednio, autorytatywnie i bez szacunku dla drugiego człowieka, co mnie wciąż zdumiewało. Pominąwszy już jego zdolności odczytywania myśli, był dla mnie osobą, przed którą czułem niesłychany respekt. Końcowy efekt satanistycznej tresury. Był odpychający i fascynujący jednocześnie. Człowiek - robot. Czy chciałem być taki jak on? Bezsensowne pytanie, moja droga była wytyczona przez kapłana i narzucona przez Szatana. To już zrozumiałem dobrze. Tego dnia straciłem nadzieję, że kiedykolwiek wyjdę z sekty.
|