Darmowa prenumerata - tu i teraz!
- Ucieczka z Piekła
- Okładka
- Komentarz od NoName
- Darmowa prenumerata
- Opinie czytelników
- Informacje
- Rozdział 1
- Rozdział 2
- Rozdział 3
- Rozdział 4
- Rozdział 5
- Rozdział 6
- Rozdział 7
- Rozdział 8
- Rozdział 9
- Rozdział 10a
- Rozdział 10b
- Rozdział 11
- Rozdział 12
- Rozdział 13
- Rozdział 14
- Rozdział 15
- Rozdział 16
- Rozdział 17
- Ostrzeżenie
- Posłowie
BezImienny - wersja online!
http://nnmag.net - tutaj znajdziesz tego więcej. Za darmo!
Poprzedni artykułNastępny artykuł Ucieczka z Piekła  

Posłowie

od Marites, która zajmowała się Łukaszem podczas odchodzenia od sekty

- Czy miała pani kochającą matkę? - to pytanie Łukasza dobrze zapamiętałam.
      Po raz pierwszy siedzimy naprzeciwko siebie, Łukasz w towarzystwie swojego opiekuna i ja. Obok kilku wyjąkanych słów i strzępów nic nie mówiących zdań, jest to pierwsza konkretna wypowiedź, którą mi rzuca, niejako tłumacząc w ten sposób cały świat. Wydaje mi się, że to zdanie wyraża całe jego zwątpienie i rezygnację. Czy ma to znaczyć - mnie i tak nikt nie może pomóc, dla mnie już od początku wszystko źle się potoczyło moje rany nie dadzą się uleczyć? No, bo kto rzeczywiście jest w stanie wynagrodzić mu brak kochającej matki? A może chce w ten sposób udowodnić mi - ty w żadnym razie nie możesz mnie zrozumieć, miałaś z pewnością matkę, która cię kochała. Czy jest to odruch samoobrony, żeby tylko z różnych powodów nie musieć się "odsłonić"?
      W tej wypowiedzi znalazłam wyraźną wskazówkę, że Łukasz stawia sobie właśnie pytanie - "dlaczego", próbując określić swoją winę. Łukasz nie zgłosił się z własnej woli do naszego zakładu. Psycholog z internatu, któremu podlegała wspólnota mieszkaniowa Łukasza, zadzwonił do mnie dzień wcześniej z informacją, że pewien młody człowiek podjął próbę samobójczą. Znalazł go w łóżku wychowawca, zlanego krwią. Chłopiec potłukł szkło wyjęte z ram obrazów, rozsypał odłamki w łóżku i tarzał się po nich. Zadzwoniono po lekarza i policję, jednak musieli odejść, nic nie osiągnąwszy. Było niemożliwością zawieźć chłopca do szpitala. Stwierdziłam, że Łukasz, bo o niego właśnie chodziło, jest wyznawcą szatana.
      Umówiliśmy się, że zaraz następnego dnia przeprowadzę rozmowę z Łukaszem. Dzięki długoletniemu doświadczeniu z satanistami, wiedzieliśmy, że nie można zwlekać z udzieleniem pomocy. Po pierwsze, wpaja się satanistom, już od pierwszego spotkania z sektą, że w razie odejścia stanie się coś strasznego. Z reguły jednoznacznie oznacza to śmierć. Podczas obrzędów kultowych wyznawcy są często świadkami, w jak brutalny sposób traktuje się zdrajców. Po drugie, oczekują oni kary szatana. Tak wiec, czy powoduje nimi strach przed sektą, czy też przed szatanem, najmniejsza zwłoka w udzieleniu pomocy grozi niebezpieczeństwem. Łukasz właśnie próbował odebrać sobie życie.
      Chłopiec został odstawiony do nas pod same drzwi przez swojego opiekuna. Miał na sobie jasne ubranie, co jest niezwykłe dla satanistów, którzy z reguły ubierają się na czarno od stóp do głów. Nie spojrzał na mnie witając się, podczas rozmowy siedział skulony na kanapie i patrzył tępo w podłogę. W jego twarzy nie było życia. Jeśli coś mówił, były to tylko pojedyncze słowa:
- Przyjdą po.......
      Dawał do zrozumienia, że chciał odebrać sobie życie, ponieważ. niemożliwe jest odejście od sekty. A satanista musi godnie umrzeć dla szatana, a więc w mękach... Dlatego te odłamki szkła.
      Usiłowaliśmy z opiekunem Łukasza, i o ile było to możliwe z nim samym, podjąć najpierw środki zapewniające mu bezpieczeństwo. Szybko został przeniesiony do innej wspólnoty mieszkaniowej. Współmieszkańcy i opiekun mieli go ochraniać. Umówiliśmy się na regularne, ustalane z krótkim wyprzedzeniem rozmowy.
      Kiedy, żegnając się przy drzwiach, Łukasz podniósł wzrok z podłogi i spojrzał na mnie przez krótki moment, wiedziałam, że spotkanie odniosło jakiś skutek. Prowadziliśmy później rozmowy zarówno w naszej poradni, jak i w mieszkaniu u Łukasza. Nie było jednak żadnych widocznych postępów. Naprawdę największą przeszkodą wydawało mi się nastawienie Łukasza. Nikt mi nie może pomóc, nikt nie zrozumie tak wiele zła, ile ja przeżyłem. Blokował wszelkie próby podjęcia kontaktu, swoim głęboko nieufnym podejściem: wszyscy chcą mi zaszkodzić, wszyscy są przeciwko mnie. W rozmowach pojawiały się właściwie tylko dwa tematy - skarga na satanistów, wychowawców, internat, taką sytuację i podobne sprawy, i oczywiście strach przed tym, że sekta przyjdzie po niego. Jak to się stanie, wiedział dokładnie.
      Jeśli ktoś opuszcza sektę satanistyczną, istotne jest natychmiastowe umieszczenie go w możliwie dużej od niej odległości. Łukasz sprzeciwiał się energicznie takiemu pomysłowi, ponieważ w żadnym razie nie chciał przerywać nauki. Wydawało mi się, że jest to ogromnie ważny punkt, który, o ile to możliwe, nie powinien być zagrożony. Zakończenie nauki było dla niego absolutnym celem, i myślał już nawet o specjalizacji w swoim zawodzie. Tak więc mogliśmy go chronić tylko dzięki pomocy jego otoczenia. Upraszczając sytuację, życie Łukasza przypominało życie więźnia. Zarówno zewnętrznie - nie mógł się swobodnie poruszać, jak i psychicznie - był w niewoli strachu.
      Próbował pozbyć się koszmarów nocnych, z całych sił powstrzymując się od snu. Siedział nocami na łóżku, ze słuchawkami od walkmana na uszach i znieczulał się alkoholem. W tym czasie nasz zakład zaplanował weekendowe spotkanie dla opuszczających sekty i zgrupowania kultowe. Na moje zaproszenie do udziału Łukasz zareagował kategoryczną odmową. Chciałam go przynajmniej na dwa dni wyciągnąć z jego "bagna" i miałam nadzieję, że spotkanie z ludźmi, którzy przeżyli równie silną fazę uzależnienia jak on, pomoże mu znaleźć sposób na przezwyciężenie problemu. Nie zwracałam uwagi na jego "nie" i powiedziałam mu, kiedy po niego przyjadę..., i zdarzył się pierwszy cud - czekał na mnie z torbą. Ten weekend stanowił dla Łukasza przełom. W poniedziałek z radością mogłam poinformować moich współpracowników, że Łukasz otworzył się. Otworzył się psychicznie - zaczął mówić, i zewnętrznie zaczął się poruszać. Zniknął jakiś nieobecny sposób jego bycia, twarz stała się otwarta. Był w stanie się śmiać, żartować, flirtować z dziewczynami... W czasie sesji ze zrozumieniem zajmował się sytuacją i potrzebami innych.
      Moja cała nadzieja, że terapia teraz wreszcie pójdzie naprzód, spełzła początkowo na niczym. W domu, w znanym otoczeniu powrócił do starego stylu bycia. Agresja na zewnątrz, z dnia na dzień rosnący lęk wewnątrz. Często dzwonił do mnie w panice, także w nocy, kiedy widział na dworze cienie oprawców. Słyszał odgłosy i poczynił obserwacje, które stanowiły dla niego dowód - teraz mnie zabiorą. Próbowałam uspokoić go telefonicznie, dzwoniłam na policję, informowałam dyżurnych wychowawców. Także i jego współmieszkańcy dzwonili do mnie, kiedy nie mogli sobie z nim dać rady. Istniała obawa, że Łukasz w panicznym lęku nie rozpozna rzeczywistości i weźmie swoich współlokatorów za oprawców. W nocy zawsze miał przywiązany do ręki nóż, żeby być w każdym momencie gotowym do obrony. W każdej chwili mogło dojść do morderstwa.
      Stało się dla mnie jasne, że Łukasz musi się dostać na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego. Tylko tam nie będzie prześladowany, odpręży się i uspokoi. Wraz z jego wychowawcami pracowaliśmy nad tym ciężko, żeby go przekonać. Po wielogodzinnych rozmowach, ordynator szpitala, który już nieraz pomógł mi w krytycznych sytuacjach z pacjentami, zgodził się przyjąć Łukasza na oddział psychiatryczny.
      Nasze rozmowy, w porozumieniu z lekarzami, mogą się dalej odbywać podczas jego stacjonarnego pobytu w szpitalu. Z upływem czasu dowiadywaliśmy się kawałek po kawałku o pobycie w sekcie. Teraz najważniejsze było to, żeby jakoś "przerobić" te przeżycia. Do tego dochodziły zmartwienia, jakie sprawiało Łukaszowi jego zachowanie, którego nauczył się w okresie kultu szatana, tak jak na przykład brutalność. Nie chcąc tego, stawał się coraz bardziej niedelikatny. Znęcał się psychicznie i fizycznie nawet nad ludźmi, których lubił. W końcu latami uczył się, że miłość należy zamienić w nienawiść.
      A Łukasz dziś? Stał się świadomym swojej wartości młodym człowiekiem. Zrozumiał, że życie, jeśli się je tylko weźmie we własne ręce, może się udać, mimo niesprzyjających warunków i wielu trudnych do pokonania przeszkód. Zdaje sobie sprawę, że proces radzenia sobie z przeżyciami jeszcze się nie skończył. Wie też jednak, że ma "dobre podstawy" i duży zasób sił, który może rozwinąć. Odwiedza mnie od czasu do czasu i opowiada o swojej pracy, planach, dziewczynie, wakacjach... Coraz rzadziej prosi o rozmowę.
      Ale czasami ja muszę go prosić o szybkie przyjście. Mianowicie wtedy, gdy znów zjawia się u mnie ktoś, kto nie wierzy, że odejście od kultu jest możliwe. Łukasz staje się wtedy bardzo dobrze wszystko rozumiejącym "współterapeutą". Tylko on, czego ja nigdy nie będę mogła, może udowodnić - mnie się udało, ty też sobie poradzisz.

Poprzedni artykułDo góry!Następny artykuł

Copyright 1999 - 2002 Magazyn internetowy NoName