Darmowa prenumerata - tu i teraz!
- Ucieczka z Piekła
- Okładka
- Komentarz od NoName
- Darmowa prenumerata
- Opinie czytelników
- Informacje
- Rozdział 1
- Rozdział 2
- Rozdział 3
- Rozdział 4
- Rozdział 5
- Rozdział 6
- Rozdział 7
- Rozdział 8
- Rozdział 9
- Rozdział 10a
- Rozdział 10b
- Rozdział 11
- Rozdział 12
- Rozdział 13
- Rozdział 14
- Rozdział 15
- Rozdział 16
- Rozdział 17
- Ostrzeżenie
- Posłowie
BezImienny - wersja online!
http://nnmag.net - tutaj znajdziesz tego więcej. Za darmo!
Poprzedni artykułNastępny artykuł Ucieczka z Piekła  

Rozdział 13

      A jednak wylądowałem w Ameryce, ale nie po to, żeby spotkać się z Danielą. Jakieś trzy miesiące po jej wyjeździe kapłan posłał mnie za ocean na następne szkolenie. Tym razem leciałem do Fortu Lauderdale z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony cieszyłem się na turkusowozielone, letnie morze, wspaniałą plażę, zwariowanych młodych ludzi na plażowej promenadzie, a z drugiej cholernie bałem się zajęć.
      Także i tym razem nie wiedziałem dokładnie, co mnie czeka. Miałem niejasne przeczucia, ale nie mogłem potwierdzić swoich podejrzeń, gdyż nie udało mi się wyciągnąć z Piotrka żadnych szczegółów o jego drugim pobycie w Stanach. Pomimo naszych zażyłych kontaktów, nie odważył się sprzeciwić żelaznym zasadom satanizmu. A ja jako wtajemniczony musiałem to zaakceptować.
      Taktyka satanistów polega na nie informowaniu swoich członków o zbliżających się wydarzeniach. Jest to jedyna metoda, żeby przytrzymać ludzi. Gdyby wcześniej wiedzieli, co ich czeka..., prawdopodobnie wszyscy mający zdać egzamin wzięliby nogi za pas. Gdybym na przykład wiedział przed przystąpieniem do mojego pierwszego egzaminu, że będę musiał zjeść chomika, nigdy bym się tam nie pojawił. Tak więc przed wyjazdem do Ameryki ogarniały mnie czarne myśli. Pozostało mi czekanie.
      Nie byłem już jednak tak naiwny jak dotychczas. Podczas tego szkolenia mogło chodzić tylko o mordowanie niewinnych ludzi. Także i tym razem udało mi się siebie samego w tym względzie oszukać. Znowu odsunąłem od siebie te ponure, męczące myśli. Zabroniłem sobie po prostu zastanawiać się nad tym. Już wolałem cieszyć się elementami przyrody w postaci słońca, plaży, palm. Było to dużo łatwiejsze i przyjemniejsze. W końcu nigdy nie byłoby mnie stać na tak kosztowną podróż., gdyby nie nasza tajna organizacja.
      Odsuwanie od siebie złych myśli nie pomogło na długo, gdyż zaraz pierwszego dnia kursu, wieczorem, potwierdziły się moje najgorsze obawy. Temat szkolenia brzmiał: "Jak zabić człowieka? Mord rytualny i technika tortur w teorii i praktyce". I tak dwie godziny dziennie, przez dziesięć dni, w chłodni w pobliżu stoczni, tam gdzie odbywały się też msze. Zaciskałem zęby i koncentrowałem się na oczyszczeniu myśli z każdej przeszkadzającej mi wątpliwości. Nie była to łatwa sprawa, ponieważ na samo wspomnienie telepatycznych zdolności amerykańskiego kapłana, oblewał mnie zimny pot. Postanowiłem nie rzucać się w oczy. Może wtedy zostawią mnie w spokoju.
      Najpierw musieliśmy wkuwać ludzką anatomię. Było to jeszcze gorsze niż w szkole. Jednocześnie fascynowało mnie, które kości można złamać człowiekowi, nie czyniąc z niego kaleki. Albo jak dozować i umiejscawiać uderzenia, żeby były należycie bolesne, a nie zostawiały żadnych śladów na ciele.
      Bardzo natomiast przerażały mnie techniki tortur. Liczne, wymyślne rodzaje okrutnych zabaw, które szczególnie mieli odczuć sataniści zdradzający grupę. Na szczęście ćwiczenia praktyczne nie były przeprowadzane na żywych ludziach, ale na nieboszczykach. Zupełnie odmiennym punktem programu było leczenie. Uczono nas nie przemocy, ale poznawaliśmy tajniki natury, pomagające odzyskać siłę i zdrowie. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, jak z pomocą pewnych ziół można w przeciągu godzin zamykać otwarte rany i dzięki specjalnie zaparzonym mieszankom herbat i maściom leczyć w kilka dni złamania kości. Po zajęciach, co wieczór musieliśmy jeszcze uczestniczyć w czarnych mszach. Były krótkie, okrutne i brutalne, ponieważ amerykańscy kapłani nie zajmowali się składaniem jakichś śmiesznych ofiar ze zwierząt. Codziennie musieli zademonstrować swoją wszechwładzę i złożyć w ofierze człowieka. U nas w Niemczech popełniano mord rytualny tylko ze specjalnych okazji, takich jak noc Walpurgil, noc świętojańska, święta Bożego Narodzenia, albo inne święta satanistyczne.
      Codziennie jeden zabity. Nie mogłem pojąć, jak oni to robią? Dlaczego naszym amerykańskim braciom w Szatanie było tak łatwo znaleźć ofiarę? Dlaczego tych ludzi nikt nie szukał? Co dzień kupowałem gazetę i szukałem zdjęć osób zaginionych. Specjalnie sprawdziłem w słowniku słowo "missing". Jednak żadna z wielu twarzy, która zapadła mi w pamięci podczas nocnych rzezi, nie pojawiła się w gazecie. Nasze ofiary pozostawały bezimienne. Nikt ich nie poszukiwał, nikomu ich nie brakowało. Do dziś nie rozumiem, jak to się działo. Mogłem na ten temat snuć tylko przypuszczenia. Może miało to coś wspólnego z ogromną izolacją i osamotnieniem wielu Amerykanów, mieszkających w dużych miastach. Miliony ludzi żyły samotnie w olbrzymich, anonimowych blokach, nie znając się i nie troszcząc o siebie.
      Amerykańscy kapłani wykorzystywali msze nie tylko jako okazje do bezwzględnych egzekucji, ale też jako sposobność udzielenia kary. Bardzo brutalnej. Byłem świadkiem takiego wydarzenia. Dotknęła ona pewnego wieczoru jakiegoś zdrajcę. Zgromadzona gmina, około stu osób utworzyła w chłodni dwudziestometrowy szpaler prowadzący od wejścia aż do ołtarza. Nie wiedziałem wprawdzie, co się teraz wydarzy, ale ustawiłem się w rzędzie, parę metrów od ołtarza. Panowało całkowite milczenie, atmosfera była napięta i pełna oczekiwania.
      Nagle gwałtownie otworzyły się drzwi wejściowe. Na zewnątrz stali dwaj oprawcy, trzymając za ramiona wyrywającego się mężczyznę. Nie miał na sobie nic poza białymi majtkami. Przerzucili go przez próg i wylądował na czworakach na twardej betonowej podłodze w hali. Kiedy się już pozbierał, zobaczyłem przerażony, prawie błędny wzrok. Pół długie włosy miał posklejane od potu. Pocił się ze strachu, oceniłem okiem znawcy. Na jego widok tłum zaczął wrzeszczeć. Poleciały pod jego adresem okrzyki pogardy i podłe obelgi.
      Na tym się jednak nie skończyło. Niektórzy z satanistów zaatakowali chwiejącego się na nogach mężczyznę kijami baseballowymi, pałami, pejczami i nożami. Próbował osłaniać ciało rękoma, kulił się, ale nie było ucieczki ze szpaleru. Za zdrajcą stali dwaj olbrzymi oprawcy z szeroko rozłożonymi ramionami. Musiał przejść przez uliczkę utworzoną przez rozwścieczone, drwiące, bijące i przepełnione nienawiścią potwory. Kiedy tylko się zatrzymywał, jeden z pomocników kapłana popychał go niemiłosiernie w plecy. Nieszczęśnik szedł naprzód potykając się, popędzany przez boksujących i kopiących mężczyzn oraz gryzące i drapiące kobiety. Kiedy wreszcie dotarł do mnie, powłóczył już tylko nogami, prawie nieprzytomny, ze spuszczoną głową.
      Wyglądał okropnie - noże pozostawiły na jego ciele szeroko rozwarte rany, twarz miał sinozieloną od pobicia, nadgarstki i ramiona opuchnięte, ponieważ zdruzgotano mu kości. Nie miałem przy sobie żadnej broni, ale nie chciałem być gorszy od innych. Schwyciłem te żałosną kreaturę, waliłem go i kopalem, tak jak mnie tego nauczono, dopóki mnie od niego nie odciągnięto. Sapiąc jeszcze z wysiłku, zauważyłem, że musieli go później zawlec do ołtarza. Prawdopodobnie roztrzaskałem mu rzepki w obu kolanach.
      Mój udział zadowolił mnie, odczułem satysfakcję i ani odrobiny współczucia. W końcu ten facet chciał odejść od Szatana. Zhańbić naszego Pana i Mistrza. Nie zasłużył na nic lepszego. W Ameryce stałem się twardy.
      Obaj pomocnicy kapłana przytwierdzili skatowanego faceta do ołtarza. Nawet go nie przymocowali kajdankami, i tak nie mógł uciec. Dopiero teraz zjawił się kapłan. Oczyścił pokrwawione ciało, mamrocząc przy tym łacińskie formułki. Trwało to jakąś godzinę. Na rozkaz kapłana podszedł następnie jeden z jego pomocników i wylał nieprzytomnemu kubeł wody na twarz. Parskając i jęcząc zdrajca ocknął się. Po raz ostatni, ponieważ teraz kapłan sztyletem dokończył egzekucji. Potem zapanowała cisza.
      Nie licząc uczestnictwa w szkoleniu i mszy, dysponowałem dowolną ilością czasu. Tym razem miałem go tyle, ile Piotrek w zeszłym roku. W ciągu dnia mogłem robić, co mi się żywnie podoba. Zdawało się, że nikt mnie nie kontroluje. Dawano mi jednak niedwuznacznie do zrozumienia, że w zamian za taką wolność, powinienem sprowadzić jakiś "materiał na ofiarę". W końcu mam wystarczająco dużo czasu, żeby nawiązać odpowiednie kontakty. Wiedziałem, jak ma się to odbywać. Należy zagadnąć młodocianych uciekinierów z domu albo bezdomnych, porozmawiać z nimi przyjaźnie i zaprosić na wieczór na przyjęcie w okolicach stoczni. Przynętą, która zawsze na takich ludzi działa, jest bezpłatne jedzenie i picie. Natychmiast po zjawieniu się z takim "nowym nabytkiem" w umówionym miejscu, przekazuje się go oprawcom. A kiedy się go widzi ponownie podczas mszy, leży na ołtarzu nakarmiony narkotykami. W drodze do królestwa ciemności. Ale i tym razem udało mi się nie wypełnić mojego zadania.
      No dobrze, próbowałem. Niechętnie szukałem kogoś, kto by mi się wydał całkowicie niesympatyczny. Jednak Amerykanie byli tak serdeczni i przyjaźnie nastawieni! Nawet pośród żebraków i pijaków nie znalazłem nikogo odrażającego. Nikogo, kogo nie byłoby mi żal. Kim ja byłem, żeby podejmować tak ważną decyzję? Decyzje o życiu i śmierci! O tym, kto jest godny, a kto nie. Gdybym rzeczywiście wybrał sobie jakąś osobę i poprowadził ją pod nóż, byłbym mordercą! Przynajmniej można by mi zarzucić współudział w morderstwie. A to mi już. wystarczało, żeby samemu czuć się jak zabójca. Nawet jeśli to nie ja trzymałem nóż.
      Poza tym byliśmy w Ameryce. Tu istniała jeszcze kara śmierci. Kto mi mógł zagwarantować, że w ostateczności moi bracia nie doniosą na mnie na policję? Wyląduję wtedy na krześle elektrycznym. Za przestępstwo do którego zostałem zmuszony. Czy mógłbym to udowodnić? Nie, nigdy!
      Zagubiony i zamyślony stałem na plaży Fortu Lauderdale w otoczeniu tłumu wesołych, szczęśliwych ludzi. To było istne szaleństwo, posiadałem teraz wreszcie władzę nad innymi ludźmi, nad ich życiem. Coś, czego zawsze pragnąłem. Sądziłem, że właśnie tego mi potrzeba, żeby mieć dobre samopoczucie. Tylko ode mnie zależało, czy szesnastoletnia dziewczyna w kolorowym bikini, albo długowłosy typ grający w frisby, umrą dzisiejszej nocy. Ale dlaczego nie miałem tego obiecywanego przez naszych kapłanów wzniosłego uczucia? Po prostu go nie było. Poczucie mojej siły nie dodawało mi skrzydeł. Przeciwnie, z minuty na minutę czułem się coraz gorzej. Coraz bardziej odczuwałem beznadziejność sytuacji. Z jednej strony byłem zmuszony postępować tak, jak każe kapłan, a z drugiej dręczyły mnie wyrzuty sumienia.
      Bezradny usiłowałem podjąć jakąś decyzję. Czy mam być posłuszny Szatanowi, czy własnemu instynktowi? Robiło mi się ciemno przed oczami od nadmiernego myślenia... Nagle wielka, obrzydliwie czarna chmura zasłoniła słońce. Ludzie wokół mnie stali się wąskimi, ciemnymi cieniami. Szum wokoło zamienił się w daleki pomruk. Przeszedł mnie dreszcz, robiło mi się coraz bardziej niedobrze. Ugięły się pode mną nogi, upadłem i zwymiotowałem na piasek. Kiedy się ocknąłem, wszystko powróciło do normy. Słońce prażyło z nieba i znów wyraźnie widziałem ludzi.
      Co się stało? Czy to Szatan dał mi znak? Czy to skutek narkotyków? Czy powoli stawałem się szaleńcem? Resztki mojego śniadania na piasku były dowodem, że rzeczywiście zwymiotowałem. Zawstydzony zakopałem je. Lekko oszołomiony doszedłem na miękkich nogach do brzegu, położyłem się w płytkiej wodzie i ciepłe fale opływały moje ciało.
      Leżałem tak z szeroko rozłożonymi ramionami i nogami, ziewając wprost do nieskończonego, bladoniebieskiego nieba i pozwalałem łaskotać się pianie. Jakież to było miłe! Jak wspaniale było żyć. Nie, nie zrobię tego. Nikt nie może umrzeć z mojego powodu.
      Podjąłem decyzję. Spłynęła na mnie ulga i ogarnęło mnie zadowolenie. Kamień spadł mi z serca i znów mogłem swobodnie oddychać.
      Nagle na moją, twarz padł cień. Spojrzałem niepewny, ale tym razem nie była to wyimaginowana chmura, lecz ładna dziewczyna w bardzo skąpym bikini. Zaczęły mi łzawić oczy. Przeklęta słona woda! Podniosłem się i wyjąkałem przeprosiny:
- Sorry, the water!
      Kiedy wreszcie przejrzałem na oczy, odjęło mi mowę. Przede mną stał delikatny, opalony na brąz anioł z długimi, kręconymi włosami. Powiedziała coś i śmiejąc się odrzuciła do tylu burzę włosów.
- Sorry, my english - not good - wydukałem, przeklinając w myślach moje lenistwo w szkole.
- Jesteś Niemcem? - anioł mówił w moim języku. Okazało się, że przez rok pracowała w pobliżu Stuttgartu, jako dziewczyna do dziecka. Z miejsca zaczęliśmy się śmiać i żartować. Rozmawiało nam się tak wspaniale, jakbyśmy się znali od lat. W przeciągu tych cudownych trzydziestu minut zapomniałem zupełnie, kim jestem i co tu robię.
      Jednak potem znowu powróciłem na ziemie. Moje cholerne zadanie! Poznać nowych ludzi i zaciągnąć ich na mszę. Poczułem jakby mnie nagle trafi piorun z jasnego nieba. Nie chciałem nikogo złapać, a już na pewno nie ją! Muszę zwiać. I to jak najszybciej. Nie bez powodu wolno było nam satanistom trzymać się tylko tego wyznaczonego kawałka plaży. W ten sposób oprawcy mogli nas lepiej kontrolować. A jeżeli ktoś mnie widział z Pamelą? Zerwałem się na równe nogi jak oparzony.
- Przepraszam, prawie zapomniałem, że jestem umówiony. Cześć, miło było - wyjąkałem. Do końca dnia miałem przed oczami jej rozczarowaną minę. Postąpiłem jednak słusznie. Ledwo bowiem znalazłem się na promenadzie, zatrzymało mnie dwóch facetów. Oprawcy!
- Wspaniały połów! Przyjdzie dziś wieczorem?
      Co teraz powiem? Jakaś wymówka, musi mi przyjść do głowy jakaś wymówka. Błyskawicznie zacząłem kłamać.
- Nie. Ona się tylko pytała o godzinę. Próbowałem ją później zachęcić do przyjścia, ale stanowczo mi odmówiła.
      Jednocześnie modliłem się, żeby nie obserwowali mnie od dłuższego czasu. Spojrzeli na mnie nieufnie. Tylko się nie denerwować, mówiłem sobie w duchu. Uwierzyli w mój wykręt.
- Musisz w takim razie zagadać kilka innych dziewczyn - powiedział amerykański oprawca łamanym niemieckim - w przeciwnym razie będziesz miał dziś wieczorem nieprzyjemności.
      Przełknąłem ślinę. Cholera! Już lepiej dostać cięgi od kapłana, niż mieć na sumieniu śmierć człowieka. Wykazałem gotowość do czynu i poczucie obowiązku i wróciłem na plażę. Pamela na szczęście zniknęła.
      Musiałem usatysfakcjonować oprawców, przynajmniej pozornie. Nie spuszczą mnie bowiem dzisiaj z oczu. Z uwagą przyjrzałem się pozostałym opalającym się kobietom. Żeby zrealizować swój zamiar, potrzebowałem określonego typu kobiety - piękna, arogancka i pewna siebie. Taka nie pozwoli się tak łatwo zaczepić i wyśle mnie od razu do diabla. A to właśnie chciałem osiągnąć. Będę się mógł usprawiedliwić przed moimi "braćmi", że próbowałem, ale żadna nie chciała.
      I zbierałem chłodne odmowy, nieprzyjemne obelgi i rozzłoszczone spojrzenia. Nie było to najmilsze uczucie, ale dało się przeżyć. Najważniejsze, że spełniałem swój obowiązek. Na oczach oprawców. Czy to moja wina, że żadna z dziewczyn na mnie nie leciała? Uśmiechnąłem się do siebie. To było miłe uczucie - wywieść demony Pana w pole.
      Mimo tych działań liczyłem się wieczorem z karą. Jednak nic się nie wydarzyło. Około północy zadowolony, pogwizdując wesoło ruszyłem do domu. Nie zaszedłem jednak daleko. Przy wyjściu z hali złapało mnie dwóch oprawców. Chwycili mnie gwałtownie za ramiona i zaciągnęli z powrotem do ołtarza. Kapłan czekał już na mnie. Dlaczego mówi do mnie po angielsku? Przecież wie, że nic nie rozumiem, pomyślałem niechętnie. Byłem zuchwały. Odpowiadałem na jego zimne spojrzenie, nie opuszczając wzroku. Dosyć odważnie. W pewnym momencie musiałem stracić przytomność...
      Kiedy się ocknąłem, leżałem na czymś twardym. Obudziłem się tylko dlatego, że było mi tak niewygodnie. Zaspany próbowałem dojść do siebie. Czy zasnąłem? Gdzie jestem? Usiadłem zdezorientowany i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Leżałem samiutki jak palec na pomoście, wychodzącym daleko w morze. Dookoła była tylko woda, nic innego tylko woda. Rozwidniało się już na horyzoncie, nieprzytomnie spojrzałem na zegarek - piątą rano.
      Jak długo już tu byłem? Jak w ogóle się tu dostałem? Rozespany i lekko otumaniony grzebałem w pamięci. Kosztowało mnie to niesamowicie dużo wysiłku, ułożyć w całość pourywane strzępy myśli. W głowie miałem ziejącą pustkę. Brakuje mi ostatnich pięciu godzin, myślałem ociężale. Długo siedziałem skulony na pomoście, zanim powoli nie zacząłem odzyskiwać pamięci. Kapłan znowu wypróbował na mnie tę swoją przeklętą hipnozę.
- O nie, proszę, nie - błagałem żarliwie. Jednak było już za późno, żeby coś zmienić. Kapłan zapanował nad moim duchem. Byłem w jego rękach posłusznym narzędziem i nic nie mogłem na to poradzić. Byłem skazany na jego łaskę i niełaskę, i znowu mi to udowodnił. Znajdowałem się bowiem teraz gdzieś pod gołym niebem, nie wiedząc nawet, jak się tu znalazłem ani co działo się przez ostatnie pięć godzin. Do jakich świństw mnie użyto tym razem? Czy pokażą mi znowu wieczorem zdjęcia, zrobione podczas jakichś odrażających praktyk seksualnych? Albo używali mnie do czegoś innego? Tylko do czego? A może... kogoś zabiłem?
      Zerwałem się i pognałem przed siebie. Gnałem na oślep między dokami. Ulice powoli budziły się do życia i coraz więcej ludzi zachodziło mi drogę. Nie zauważałem tego prawie. Zatrzymałem się dopiero, kiedy się całkiem zmęczyłem. Nie mogłem złapać tchu. Spróbowałem się zorientować, gdzie jestem. Potrzebowałem jakiegoś punktu zaczepienia, żeby odnaleźć motel. Była siódma rano, kiedy wreszcie do niego dotarłem.
      Tylko nie zaczynać myśleć, sam i tak nie wpadnę na to, co wydarzyło się w przeciągu tych pięciu godzin. Odwrócenie uwagi jest najlepszym sposobem, żeby nie myśleć. Pamela! Chciałem tylko jednego - znowu zobaczyć Pamelę. Najpierw jednak musiałem zaspokoić mój burczący żołądek. Głodny jak wilk, połknąłem obfite, amerykańskie śniadanie - jajecznicę na boczku, kiełbaskę, smażone pieczarki i pomidory. A teraz na plażę. Do diabla z satanistami. Po prostu musiałem mieć te kobietę. I z całych sił będę się starał, żeby została moją tajemnicą. No dobrze, istnienie Natalii też wykryli. Ale w Niemczech mieli miesiące czasu, żeby mnie śledzić. Tutaj spędzałem tylko tydzień. I chciałem to w pełni wykorzystać. Ze słodką, wesołą Amerykanką, dla której byłem miłym chłopcem z Niemiec.
      Jej jaskrawo kolorowe bikini rzuciło mi się w oczy, zanim jeszcze rozpoznałem ją samą. Podbiegłem do niej, pochyliłem się nad nią szybko i szepnąłem:
- Posłuchaj, nie mogę teraz zostać, ale muszę się z tobą koniecznie zobaczyć. Tutaj jest numer telefonu do mojego motelu. Zadzwoń do mnie, zgoda?
      Następnie spacerem wróciłem do siebie.
      Jeszcze tego samego dnia spotkaliśmy się w małym, leżącym na uboczu, z dala od turystów, barze. Wszystko potoczyło się tak, jak sobie wyobrażałem. Nie mogliśmy oderwać od siebie oczu i po pierwszym pocałunku nie byliśmy się w stanie rozłączyć. Nie mogłem jednak zostać wiecznie, miałem szkolenie. Okłamałem ją, że przyjechałem do Ameryki z przyjacielem i nie mogę w końcu zostawiać go na cały wieczór samego. Smutnym wzrokiem prosiłem ją o zrozumienie:
- Nie mogę go teraz zostawić na lodzie tylko dlatego, że miałem szczęście poznać ciebie.
      Trafiło jej to do przekonania. Dała mi swój adres o obiecałem, że odwiedzę ją po północy.
      Pamela nie stawiała żadnych pytań. Brała mnie takim, jakim byłem. Kiedy odchodziłem wieczorem do moich zajęć, patrzyła za mną zatroskana. A kiedy tylko wracałem, przyjmowała mnie szczęśliwa i rozpromieniona tak, że aż robiło mi się ciepło na sercu. Z nią było dokładnie tak, jak sobie zawsze w marzeniach wyobrażałem normalne życie. Przez tydzień dane było Łukaszowi przeżywać ten sen. Dzięki Pameli. Jej miłość, ciepło i czułość, którą mi darowała, pomagały zapomnieć mi o obrzydliwych praktycznych ćwiczeniach na szkoleniu i przetrwać msze. Jeszcze dwa razy podczas kursu zdarzyła mi się sytuacja, że brakowało mi kilku godzin. Nie miałem jednak czasu, żeby sobie nad tym łamać głowę. Nie chciało mi się.
      Wszystko jedno, co robiłem i gdzie byłem, liczyło się tylko jedno - Pamela czekała na mnie. W jej ramionach czułem się bezpiecznie. W moim odurzeniu miłosnym nie było miejsca na Szatana, morderstwa i ciemności. W ramionach Pameli mogłem spać. Bez koszmarów, bez nagłego oblewania się zimnym potem i bez zrywania się w nocy w zupełnym przerażeniu. Kiedy mnie trzymała, czułem się pewny i bezpieczny, jak jeszcze nigdy dotąd.
      W dniu mojego odjazdu chciała mnie koniecznie odprowadzić. Jakże chętnie rozkoszowałbym się jej obecnością do ostatniej sekundy. Jednak było to niemożliwe. Potrzebowałem wszystkich moich zdolności, żeby ją od tego odwieść. Tego jeszcze tylko brakowało, żeby któryś z demonów na samym końcu odkrył nasz związek. Aby ją chronić, kłamałem dalej:
- Nienawidzę publicznych pożegnań.
      Przynajmniej nie narażałem w tym momencie jej życia, co właściwie robiłem do tej pory przez cały czas. Naturalnie używałem wszelkich sposobów, żeby dotrzeć do niej niezauważony. Robiłem wszystko, co było w mej mocy, żeby zgubić ewentualnych prześladowców. Najwyraźniej skutecznie. Gdybym jednak pozwolił się jej odwieźć na lotnisko, na nic zdałyby się wszystkie moje starania i cała zabawa w chowanego. Moi amerykańscy bracia z pewnością złapaliby ją zaraz w budynku lotniska. Nie mogłem do tego dopuścić.
      Z perspektywy czasu jestem zadowolony, że pożegnaliśmy się w jej małym, przytulnym mieszkaniu.
      Oboje płakaliśmy. I Pamela z pewnością nie byłaby później w stanie prowadzić samochodu. Kosztowało mnie to bardzo dużo wysiłku I rozsądku, opuścić Pamelę. Pamiętam ją, jak stała drżąca, szlochająca i nieszczęśliwa. Najchętniej zostałbym z nią. Jednak jak to często bywa, kiedy jestem bezradny, pokryłem swoje uczucia złością i gniewem. Najchętniej nakrzyczałbym na nią, uderzył w twarz, żeby zobaczyła, że nie zasłużyłem na jej ból, żeby mnie po prostu zapomniała. Jednocześnie byłem dumny, że ja, Łukasz, skończony czciciel diabła, wzbudziłem w tej wspanialej kobiecie takie uczucia.
      W drodze do motelu wziąłem taksówkę. Po raz pierwszy jechałem prostą drogą i po dziesięciu minutach byłem na miejscu. Do tej pory, zanim doszedłem do Pameli, kluczyłem po mieście przez godzinę. Podczas pakowania moich manatek odżyła we mnie dawna złość. Złość na siebie samego, na moje uzależnienie, na tę zasraną, beznadziejną sytuację. Oślepiony wściekłością wrzucałem rzeczy do torby podróżnej, jakby to ona była winna tej nędzy. Na dole w korytarzu czekał na mnie ten sam typ, który przed dwoma tygodniami odebrał mnie z lotniska. Podczas jazdy próbował ze mną rozmawiać, ale ignorowałem go. Także w czasie powrotnego lotu nie odzywałem się, na nikogo nie patrzyłem i odmawiałem jedzenia. Moja twarz była jak wykuta z kamienia, tak jak moje serce. Łukasz - marionetka. Łukasz - żywy trup.

Poprzedni artykułDo góry!Następny artykuł

Copyright 1999 - 2002 Magazyn internetowy NoName