Rozdział V - Lonely
- Co z nim zrobimy? - zapytał gruby mężczyzna w kewlarowej kamizelce.
- Nie jest nam już potrzebny, pewnie nawet kretyn nie wiedział, co ma w tym swoim reminderze. - odpowiedział drugi, złośliwie się uśmiechając.
- Dostał taką dawkę, że nic nie poczuje. Trzeba go będzie zlikwidować. Nie chcemy przecież jakichś niepotrzebnych świadków...
- Na razie jeszcze poszperamy w tym jego wielkim umyśle. Może ten kretyn ma jeszcze jakieś ważne informacje...
- Teraz śpi, to dobrze. A jakby się obudził, to i tak nie będzie w stanie się uwolnić. Zapisałeś gdzieś ten kod?
- Tak, mam go na tej płytce. W komputerze zresztą też. Jesteś pewien, że dzięki temu dostaniemy się tam, gdzie chcemy?
- Rentef zapewniał, że tak. To on jest specem od tych spraw. Trzeba będzie wszystko dobrze zaplanować. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik. Podstawionych ludzi mamy. Broń jest. Maszyny też. Matrocom corp. - to już nie jest wyzwanie. To tylko kolejny krok do zdobycia posady prezes imperium T.A.C.. Pewnie nawet nie podejrzewają, że ktoś może złamać ich zabezpieczenia. A ten nieprzytomny facet... jak on miał?
- Jakiś Mezin... nazwiska nie dało się odkodować.
Mezin zbudził się; leżał bez sił skrępowany kablami i czujnikami. Nie był jednak nieprzytomny. Przez jego głowę przelatywało tysiące myśli. Na żadnej jednak nie mógł się skupić dłużej. Ból klatki piersiowej stawał się nie do zniesienia. Na razie był w stanie tylko leżeć. Przypominały mu się fragmenty jakiejś rozmowy. Nie pamiętał dokładnie treści, ale wydawało mu się, że rozmawiało dwóch mężczyzn. O jakimś... kodzie? Nigdy nikt go nie informował o tajnych kodach dostępu. A może to było ukryte gdzieś w reminderze... Przecież to firma zafundowała mu to bardzo przydatne urządzenie... On jednak nie miał żadnej pewności. To były tylko przypuszczenia...
Na zmianę tracił i odzyskiwał przytomność. Czuł się coraz słabiej. Z trudem mógł podnieść rękę. Wszystko wirowało mu przed oczami. Zauważył, że zdemontowano mu reminder. Musiał przejść chyba jakiś zabieg medyczny... Dobrze, że zdążył wysłać tą wiadomość. Żeby tylko zaufanie, którym darzył Kanri nie okazało się tylko dużym kredytem bez pokrycia...
Nagle usłyszał jakieś hałasy. Wybuch, a potem odgłosy strzałów. Ciągle ktoś biegał. Strach przed śmiercią paraliżował go. Nie był pewien, czy przeżyje następne pięć minut. Docierało do niego tak wiele dźwięków, że nie mógł zidentyfikować co się dzieje. W pewnej chwili poczuł, że temperatura gwałtownie się podniosła, a w powietrzu zauważył dym. Pożar! - pomyślał. O boże co ja zrobię... - mimo lęku przed śmiercią starał się nie panikować i zachować zimną krew. Gdy płomienie sięgały już sufitu poczuł unoszący się odór palącego się pomieszczenia. Płonęły urządzenia chemiczne, komputery, jak i ściany. Dziwne - pomyślał - "to musi być jakiś strasznie stary budynek, bo przecież teraz wszystko buduje się wyłącznie z niepalnych materiałów. Tutaj natomiast nie tylko wnętrze było palne, ale nieznane substancje chemiczne, które wręcz buchały językami ognia. Z całych sił starał się uwolnić. Musiał zebrać w sobie więcej mocy, bo tylko jedną rękę udało mu się wyswobodzić. W pewnej chwili usłyszał dźwięk wywarzanych drzwi. Trzech uzbrojonych mężczyzn wtargnęło do środka. Zaskoczeni płomieniami oddali kilka strzałów i uciekli. Nie trafili w chłopaka...
- Fuck! Będzie trzeba wszystko spalić! Trzeba zatrzeć ślady! Biegnijcie za mną! Załóżcie te maski ochronne!!! - krzyczał gruby mężczyzna w kewlarowej kamizelce.
- Wjedziemy windą na dach budynku! Tam będzie czekał na nas helikopter T.A.C.!!!
- Tylko szybko!!!
Gdy mężczyźni wybiegli z objętego płomieniami pomieszczenia w stronę windy zauważyli oddział antyterrorystyczny, który w ognioodpornych kombinezonach przeszukiwał wszystkie pomieszczenia. Wybuchła panika. Uzbrojeni w nowej generacji UZI w popłochu uciekali przed stróżami prawa. Było ich dla nich za dużo Gdy dotarli windą na szczyt budynku helikopter właśnie na nich czekał. Obracający się wirnik utrudniał wejście do śmigłowca.
- Szybko, zdążymy!!! - krzyczał gruby
- Jeeeezuuu!!! To nie nasz helikopter!!!
- Coooo!!!
- To nie nasz helikopter!!! Zawracamy!!!
- JESTEŚCIE OTOCZENI. NIE PRÓBUJCIE UCIEKAĆ. NIECH WSZYSCY STANĄ W MIEJSCU I ZAŁOŻĄ RĘCE ZA GŁOWĘ!!! - pogłos był potężny. Policjant ze śmigłowca kierował akcją.
Gdy bandyci usłyszeli te słowa nie stawiali oporu. Kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby komandosów otoczyło grupę mężczyzn. Wszyscy posłusznie pod eskortą brygady antyterrorystycznej weszli do helikoptera, który moment później odleciał.
Przy wejściu do wieżowca, którędy próbowali uciec inni już czekali stróże prawa. Bandyci nie chcieli dać za wygraną. Podczas strzelaniny zginęło 4 policjantów, 8 zostało rannych; po drugiej stronie było kilka trupów. Nikt jeszcze nie zdążył ocenić sytuacji. Reszta się poddała. Rozpoczęła się akcja rozbrajania. Nie widząc szans na ucieczkę większość bandytów oddała się w ręce policji. Za innymi, którzy próbowali uciec nie rozpoczynano nawet pościgu. Ich szanse były minimalne, w każdej ulicy w promieniu pięciu kilometrów ustawiono patrole policji. Dowodzący akcją Mark Kendlers nie był z siebie do końca zadowolony. Ofiary śmiertelne nie należały do rzadkości, jednak tą akcję chciał przeprowadzić bezkrwawo. Nie udało się.
Nieopodal miejsca zdarzenia czekała roztrzęsiona Kanri wraz z policjantem, który łamiąc prawo dowiózł ją na miejsce.
- Kanri, tylko spokój... tylko spokój... Poczekaj chwilkę, spróbuję się czegoś dowiedzieć o tym chłopaku. Zaczekaj tu na mnie dobrze?
- Dobrze... - dziewczyna miała łzy w oczach. Ktoś, do kogo od pierwszego spotkania miała zaufanie nie mógł zginąć...
- Słuchaj, nie znaleziono jeszcze żadnej żywej osoby w tym wieżowcu. Poczekajmy... Nic więcej nie da się zrobić.
Mezin desperacko próbował się uwolnić. Ogień zbliżał się nieubłaganie. Zaskoczył go potężny wybuch. Zewnętrzna ściana budynku z ogromnym hałasem runęła na zewnątrz. Kłęby pyłu i żar uniemożliwiły ocenienie sytuacji. Jednak dla chłopaka była to jedyna możliwość ucieczki. Ostatkiem sił oswobodził się. Nie było czasu na nic. Nie mógł nic ze sobą zabrać. Płomienie zaczęły go parzyć. Pod wpływem tlenu pożar gwałtownie się rozprzestrzenił. Mezin zauważył przed sobą wielką wyrwę w konstrukcji budynku. Postanowił przez nią wyskoczyć. Nie mógł ocenić wysokości, z jakiej będzie musiał spaść. Musiał zaryzykować. Nawet, jeżeliby oznaczało to śmierć. Z trudem wyskoczył...
|