Braterskie upomnienie - czyli Cotti doczekuje się odpowiedzi cool_witch cool_witch
W NN28 wypatrzyłam Twoją polemikę i - będę tu szczera - poprawiła mi humor, nareszcie ktoś się odważył wypowiedzieć publicznie na mój temat! Jednak, jak się później okazało, moja radość była przedwczesna... Zapewne gdybym była mniej kulturalna, to po tych "słów kilka" użyłabym kilku przekleństw, a całość poparła pobiciem w przypadku oporu - czego również nie omieszkałaś mi wypomnieć.
Jednak oplwana i wyśmiana cool_witch szczególnie w tym momencie przywłaszczy sobie słowa św. Pawła: "Jestem dobrej myśli zabierając się do swej obrony".
Piszesz, że w moich tekstach "nie odnajdzie czytelnik miłosierdzia, które było tematem przewodnim ostatniej pielgrzymki papieża do Polski. Według mnie są one pełne agresji i obsesyjnego uwielbienia dla swej wiary."
Hmmm... Interesujące.
Opowiadają Cotti, że pewnego razu prezydent Mobutu wybrał się w odwiedziny do swego brata. W podróży do swej wioski leżącej w głębi afrykańskiego buszu towarzyszyli mu ministrowie, politycy i urzędnicy. Ponieważ prezydent zlekceważył szczepowe zwyczaje, brat skarcił go policzkiem w obecności wszystkich. Co więcej, wymierzył mu taki policzek, że aż powalił głowę państwa na ziemię. Ten podniósł się bez słowa protestu i próby odwetu. Szczepowe zwyczaje obowiązują wszystkich, a brat miał prawo skarcić prezydenta.
Przykład budujący, aczkolwiek nie do naśladowania u nas. Pod naszą szerokością geograficzną obowiązuje raczej zasada Maxa Frischa. Poradził on, aby prawdę podawać bliźniemu w ciepłym płaszczu, a nie walić nią na oślep - niczym mokrą ścierką - po twarzy. Ja bynajmniej - jak wynika z Twojej polemiki - nie paliłam się do tak łagodnej i pełnej szacunku formy. Wiedziałam również, że moja krytyka może obrócić się przeciwko mnie i że któregoś dnia zaczną o mnie mówić po bokach: "Chciałby w dżungli polować na tygrysy, a z pluskwami na swojej poduszce nie może sobie dać rady" (przysłowie indonezyjskie).
"nie odnajdzie czytelnik miłosierdzia", "pełne agresji", "obsesyjnego uwielbienia dla swej wiary", "bardzo agresywne, odrzucające sprzeciw", "małolata w ubranku w trzy paski"...
Aaa... i wyliczą mi owe pluskwy, po kolei i po imieniu.
Przejdźmy jednak do konkretów: "Dlaczego religijność dziewczyny miałaby przesądzać o jej atrakcyjności dla potencjalnych partnerów..? Zupełny absurd... Enigmatyczność przyciąga, a taki jest ateizm... Jeżeli tylko osoby religijne miałyby odnajdywać partnerów, to świat stanąłby w miejscu."
Świat, jak widać nie stoi w miejscu. Skupmy się jednak na konkretnym przykładzie - dla odmiany - niereligijnej dziewczyny, którą znalazł religijny partner. Jego rodzina religijna, ona niewierząca. Ale syn dorosły chce się żenić. Ona - zgadza się. Ale ślub tylko cywilny. O kościele nie chce słyszeć: "Ja? Do kościoła? Nigdy! Waszego Chrystusa ja nie potrzebuję!" I cóż zrobi chłopak? Odejdzie? - Nie, zbyt słaby. Życie małżeńskie się zaczęło. Czy na długo? Czy nie będzie zmarnowane? Po 9 latach żona odeszła: znalazła innego męża. A pierwszy mąż? Czy wyrządził jej jakąś krzywdę? A co z dziećmi z tego małżeństwa, kto je wychowa? Przykład ten nie jest wyssany z palca, znajduje szerokie odbicie w naszych realiach i da się go jeszcze mnożyć, ale przecież to dla Ciebie zupełny absurd...
"Ślub wyłącznie kościelny, prawda..? "
Miło mi, że znasz odpowiedź na to kardynalne pytanie.
"A jeżeli przysięgnę memu Ukochanemu miłość, wierność i bycie z nim do końca i dla nas będzie to równoznaczne z zawarciem związku, będziemy żyć jak w małżeństwie, modlić się i pamiętać o Bogu, to czy Bóg nie będzie się tym cieszył..?
Och! Aż musiałam sięgnąć po chusteczki, by otrzeć łezki spływające z moich oczu... Jak to było? "O co prosicie Kościół dla waszego dziecka? - O chrzest." A potem wyrzekli się za Ciebie złego ducha. Pierwsza komunia święta i bierzmowanie, gdzie już dobrowolnie i zupełnie świadoma Cotti na pytanie: "Czy wierzysz?" odpowiada: tak! Wspaniały początek. Ale w międzyczasie pojawił się wynalazek: małżeństwo na próbę. On kawaler, ona panna, ale żyją i mieszkają razem, jak małżonkowie. I kto tak postępuje? On katolik i ona katoliczka. Ochrzczono ich w kościele katolickim, przed ołtarzem powtarzali obietnice chrztu św. Powtarzali je publicznie, wobec świadków - a teraz wymyślony sposób życia, jakiego by się diabeł nie powstydził! Nie wystarczy dobrze zacząć, trzeba też dobrze skończyć.
Małżeństwo. Jest o czym myśleć. Ponieważ to wielka i święta rzecz. Jest przysłowie: Idziesz na wojnę módl się raz, siadasz na okręt, by przepłynąć morze - módl się dwa razy, chcesz zawrzeć małżeństwo - módl się trzy razy! Uczciwy człowiek do małżeństwa bez modlitwy nie idzie. To wielki sakrament, bo nakłada ciężar obowiązków tym, którzy zdecydują się go przyjąć. Ciężar ten trzeba przyjąć i dźwigać wspólnym wysiłkiem: tak chce Bóg! A małżeństwo katolickie nie może wyglądać tak, jak małżeństwo ludzi, którzy Boga nie znają.
Kończąc ten wątek, chcę wyjawić Ci jeszcze jedną opinię. Jestem pewna, że Twoja teoria ma swoich zwolenników i poniekąd jestem jej przychylna. Bowiem mniejszym złem jest życie na kocią łapę, niż robienie z sakramentu małżeństwa cyrku, a z Boga idioty. Po co obciążać duszę grzechem krzywoprzysięstwa? Jeżeli bez skrupułów łamało się przysięgi - począwszy od tej przy chrzcielnicy - to jaki problem złamać małżeńską, wymierzając przy okazji parę policzków Bogu?
Przeanalizujmy następną część tekstu: "Jeżeli nie rozumiesz, jak działa oko... hmmm... polecam wykłady z biologii, optyki... jeżeli jesteś pojętna - pojmiesz... /mnie proszę o to nie pytać - co innego studiuję/."
Oko... Oko... gdzieś to przecież tu pisało... Ano tak: o oczach to można by książkę napisać. Raz widzą, drugi raz nie widzą. Pan Jezus mówi: "Oczy macie, a nie widzicie". A czasem dobrze jest nie widzieć. Zresztą oczy czasem kłamią, wiemy o tym. Patrzę na banknot - 100 zł. Gdzie tam? Żadne 100 zł! Banknot fałszywy, podrobiony. A moje oczy tego nie widzą. Wniosek stąd taki, że oczy zawodzą. Czasem jest gorzej. Spojrzenie na owoc zgubiło Ewę, a żona Lota - słupem soli za sprawą jednego spojrzenia się stała. Bóg wiedział, czym są oczy, dlatego dał nam też powieki, byśmy mogli je zamknąć. A gdyby tego jeszcze było mało, to Pan Jezus powiedział też, że czasem oko należy wyłupić i odrzucić od siebie. Sens jest ten, że czasem trzeba użyć "zachodu" by swojej zguby uniknąć. Takie są nasze oczy. I pomyśleć by można, że są ludzie którzy mówią: "Wierzę tylko w to, co widzę"! Biedna byłaby nasza wiara, gdyby opierała się tylko na tym, co nasze biedne oczy widzą.
"Ktoś kiedyś już na łamach NN wspominał o kwestii wolnej woli - skoro Bóg nas ją obdarzył, to musiał się liczyć z naszymi wolnymi wyborami - czy będzie nas karał za wykorzystanie przymiotu, którym nas sam obdarzył..? Czy będzie nas oceniał za słuszne wybory wyłącznie w kwestii wiary, czy całokształt - patrząc, jakie wiedliśmy życie?".
Odpowiem w ten sposób, że kwestia wolnej woli to pojęcie bardzo złudne. Jest ona bardzo chwiejna i niestała. Raz chcemy tak, drugi raz już nie tak. Zwyczajna chorągiewka na wietrze. Jest też wola Boża - nieomylna i święta, która zawsze chce dla nas jak najlepiej. A my dobrze robimy, gdy chcemy tak, jak chce Bóg. Nie zawsze jednak postępujemy słusznie, bo przymiot, którym nas Bóg obdarzył, poprzez grzech pierworodny stał się skłonny bardziej do złego niż do dobrego. Trzeba więc jej wskazać dobro i czuwać, aby całą siłą swoją to dobro chciała chcieć!
Czy będzie nas oceniał...? Z pewnością. Za słuszne wybory jest nagroda, za złe... A czy będzie nas karał? Nie musi do tego dochodzić, szczerym żalem i skruszonym sercem Ty, Boże nie wzgardzisz. "Bóg bogaty w miłosierdzie... nieprawdaż?" A ludzie bogaci w wdzięczność...
Ta wypowiedź mi się spodobała: "Ponadto - są ludzie obłudni... grzeszą, ale idą do kościoła, wyspowiadają się, odpokutują i znowu wszystko jest w porządku - aż do kolejnych grzechów. Są ludzie, którzy w ogóle nie odwiedzają żadnych świątyń, miejsc kultu, są dobrymi ludźmi, czynią dobro, nie krzywdzą innych. Ale nie wierzą. Jak porównać takich ludzi? Kto jest lepszy?".
Dobra - proces! Obłuda, obrzydliwa wada! A gdy sprawa sięga religii... to już diabelski posmak. Godne polecenia są praktyki: post, jałmużna, modlitwa - to jest nadużywane, aby tylko ludzie ich widzieli, podziwiali i chwalili. Takie knowania wspaniale udawały się faryzeuszom. Naraz - wszystko się zepsuło, przyszedł Jezus i wołał: "Biada wam!" Oczywiście im, jak i współczesnym faryzeuszom to się nie podobało. Jak On śmie? O, Ty Nazarejczyku, zaczekaj! Już my się z Tobą porachujemy! Co było dalej - wiemy. Faryzeusze wkrótce też poumierali, ale obłuda nie umarła, tłucze się po świecie i rolę swoją gra. Ludzi dobrych - niewierzących nie można porównać z obłudnikami - niekoniecznie wierzącymi, bo odpowiedź jest jedna: obłuda pod jakąkolwiek zasłoną ludzką, powinna zostać niemiłosiernie zdemaskowana!
Szanowne Dziewczę nie odmówiło sobie kolejnej próby zagięcia: "Zresztą... jest wiele odłamów chrześcijaństwa. Jak poznać, który z nich jest właściwy, prawdziwy, który tak naprawdę zawiedzie mnie do Boga..? ... Mnogość alternatyw powoduje, być może, u tych, których zowiesz heretykami ... dystans do religii."
Wiemy, że Pan Jezus założył tylko jeden kościół. "Ty jesteś Piotr, opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój". Mój! Więc jeden Kościół Jezusowy i ten jeden założony przez Jezusa, ma być uznany przez wszystkich. Pan Jezus się o to modli: "aby stanowili jedno". Ale, niestety jedności nie ma, jest natomiast wiele odłamów chrześcijaństwa - jak słusznie zauważyłaś - i z tego powodu powstał mętlik w Twojej głowie. Rozsupłajmy więc go.
Otóż w pewnej instytucji katolickiej odbyło się zebranie, na które zaproszono "mnogość alternatyw", czyli ludzi różnych wyznań. Jeden z katolików miał odczyt na temat prawdziwej wiary. Potem stawiał pytania: Pyta się prawosławnego: "Kiedy powstał wasz kościół?" - W roku 1054. "Czym byliście przedtem?" - Katolikami. Do protestanta: "Kto założył wasz kościół?" - Marcin Luter. "Kiedy?" - W 1517. "Czym byliście przedtem?" - Katolikami. Następnie zwrócił się do zwolennika Kalwina, którzy wystąpili w 1536 roku: "Czym byliście przedtem?" - Katolikami. Wreszcie zwrócił się do przedstawiciela kościoła anglikańskiego: "Kto go założył?" - Henryk VIII. "Kiedy?" - W roku1534. "Czym byliście przedtem?" - Katolikami. Mam nadzieję, że powyższe słowa zostaną uznane za wyczerpujące i wystarczą do wyciągnięcia jednego, słusznego wniosku.
Wg mądrości Cotti: "Bóg nie potrzebuje naszej wiary dla swojego dobrego samopoczucia - my potrzebujemy owej wiary, świadomości, że jest Bóg - po to, by pełniej żyć..."
Cóż, każde stwierdzenie filozoficzne ma swoją głębię...
"I takie pytanko: jeżeli komuś nie zdarzyła się przez całe życie okazja przystąpienia do kościoła... To co? Zakładamy przy tym, że dana jednostka miała jakieś reguły moralne, nie krzywdziła więcej osób, niż statystyczny, pełen miłości chrześcijanin."
I taka odpowiedź: To jego śmierci, sądowi ostatecznemu i życiu wiecznemu będą przysługiwać takie same reguły jak Tobie - statystyczna pełna miłości chrześcijanko, którą zostałaś w momencie chrztu św. Każdy kto w i e d z i a ł, że jego wykładnią moralną była religia chrześcijańska /dezerterzy i ci zmuszeni "do przynależności do zgromadzenia religijnego"/ będzie sądzony wg niej. Każdy, komu "nie zdarzyła się przez całe życie okazja przystąpienia do kościoła" będzie sądzony wg reguł moralnych obowiązujących w danym środowisku. Niebo jest otwarte dla w s z y s t k i c h . Ale niezależnie od tego, czy dana jednostka wierzyła w Buddę, w Boga, w małpę, w siebie czy jakiegokolwiek innego boga - będzie sądzona przez Jezusa: gdyż nie dano nam ludziom - pod niebem - żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni.
Moją polemikę - z całym szacunkiem Cotti - pozwolę sobie zakończyć żołądkiem. Żołądek? A też ciekawe... to może z grubsza napiszę jak on działa, bo zgołaś w dalszej części ostrzyć kły: "... miejsce częściowego trawienia pokarmu, ... Błona śluzowa żołądka wytwarza kwaśny sok żołądkowy, w którego skład wchodzą oprócz wody enzymy trawienne...". Starczy. Pewien pan Lichtenberg wątpił, czy rozum jest najmądrzejszym organem człowieka. Bowiem taki sobie "głupiutki" żołądek, a podajmy mu jakieś odrażające danie, z widoku wyglądające przepysznie. Co się dzieje? Nie strawi tego. A to może parę gładkich kłamstwek? Też nie? Oj, niedobry żołądek, buntuje się, wzdryga, oburza i wreszcie wyrzuci wszystko z niesmakiem! Rozum natomiast nie ma kłopotów z trawieniem. Błędne poglądy, lukrowane frazesy, wypatrzone zasady, kolejne wynalazki, reklamowane slogany i wierutne głupstwa - wszystko gładko przełknie, w pamięci zachowa i za normę postępowania uczyni.
I jak tu nie przyznać racji Panu Lichtenbergowi?
cool_witch poczta: cool_witch@interia.pl
|