Człekozwierz Wilk
"Lecz przyszedł człowiek, a przecież to istota wyższa, chodzi na dwóch nogach i wielkością mózgu ich przewyższa..." *)
Motto: "Uspołecznienie jest takim samym prawem przyrody, jak walka" - Piotr Kropotkin
Tak sobie czytam ten twój tekst MadNeo, któryż to popełniłeś w NoName 25 i tak się zastanawiam... Czy wiesz coś o historii? To jeśli chodzi o ludzi. A jeśli chodzi o inne zwierzęta, to czy aby się nie spało na lekcjach biologii? Ja rozumiem, że pojęcia takie, jak zoosocjologia i etologia są dosyć mało znane **), ale trzeba być naprawdę bez zmysłu obserwacji lub znać zwierzęta tylko z książkowych obrazków lub filmów, żeby sprowadzać je do biomasy.
Spodziewasz się zalewu krytyki? To dosyć przewidująco. Jednak jeśli chodzi o sposób, w jaki odpierasz główny argument: "to nie jest tak, że nazywam miliony ludzi zwierzętami z góry zakładając, że jestem lepszy", cokolwiek omijasz sedno sprawy, gdyż pierwszą częścią zdania takowy główny zarzut podtrzymujesz, a drugą przeczysz własnym słowom - przecież całym tekstem stawiasz człowieka jako pępek świata, uporczywie twierdząc, że wszelkie ludzkie wady niczym dżuma przywlekły się do naszej cywilizacji za pośrednictwem wrednej ewolucji, że pochodzą one od wszelkich innych gatunków.
Na początku tekstu sugerujesz, że 80% ludzi to zwierzęta. Że ja się tak nieśmiało zapytam - co robiłeś na lekcjach biologii? Spałeś, czy omijałeś je z daleka? Bo wiesz, jest taka klasyfikacja, gady, ptaki itd. No i wiesz, między innymi mowa o ssakach. Każdy człowiek to ssak. Każdy ssak to zwierzę. Więc tu powstaje zagadka: do jakiego królestwa zaliczyć pozostałe 20% ludzkości? Skoro nie zwierzęta, to pozostają jeszcze rośliny. No, a wedle niektórych sposobów klasyfikacji grzyby (czyżby więc owe 20% upatrujesz w starszej części naszej populacji?). A może chodzi ci o bakterie? No, w sumie jest jeszcze jedna możliwość: jakieś niebywałe postępy w modyfikacji genów doprowadziły do powstania nowej klasy istot! Czy trafiłem, czy może jeszcze inne rozwiązanie tu się pojawi? ***)
Twierdzenie, że zwierzęta prowadzą banalnie prosty tryb życia typu "jeść - pić - wydalić - spłodzić potomstwo - spać" to jakieś nieporozumienie. Czyżbyś uważał, że np. pies bawiący się z właścicielem aportuje patyk w celu spłodzenia potomstwa, kot ocierający się o nogę opiekuna domagając się w ten sposób podrapania za uchem usiłuje w ten sposób wydalać efekty przemiany materii, a młode wielu, naprawdę wielu (choć oczywiście nie wszystkich) gatunków po oddzieleniu od matki popadają w apatię celem jedzenia? Jeśli nie masz możliwości chodzenia do lasu na tyle często, by poobserwować zwierzęta w ich naturalnym środowisku, to poobserwuj chociaż psy/koty sąsiada. No, chyba że moment ujrzenia, że nie jesteś przedstawicielem "tych lepszych", ugodzi w twoją dumę, zapewne myloną z honorem (bo czy honorowo uważać się za lepszego li tylko ze względu na swą odmienność i użytkowanie setek niepotrzebnych gadżetów?).
Tak, wiem, teorie, teorie, teorie. Teorie, że człowiek to, teorie, że człowiek tamto. Człowiek ma wynalazki, więc mądry. Człowiek ma wielki mózg, to mądry. Większość tych teorii o ludzkiej lepszości ma ledwie kilkaset lat i w stanowczej większości opierają się na irracjonalnych przesłankach - ot, szuka się różnic między naszym gatunkiem, a pozostałymi zwierzętami i wskazuje je jako wyznacznik. Przykład? Najpierw uznano za takowy wyznacznik "lepszości" wielkość mózgu. Ale pewnego dnia okazało się, że tu konkurują z nami delfiny. Więc nagle się okazało, że ważne jest pofałdowanie. Tylko gdzieś po drodze zagubił się fakt, że gdyby chodziło głównie o to, to delfiny byłyby niemalże skorupami, bo ich mózgi są niemalże gładkie. A jednak delfiny funkcjonują sprawnie, tworzą społeczności, okazują emocje. Gdzież więc związek z ową kwestią pofałdowania? Istota żywa to "coś" takiego, czego nie można zamknąć w ciasne biologiczne teorie i chemiczne wzory.
Że mamy narzędzia? A wiesz, ile narzędzi natura bez naszej pomocy sobie wytworzyła? Narzędzia zarówno w sensie czysto fizycznym, jak i w sensie "sposobów" wykonywania danej czynności tak, by zrobić to łatwiej i z lepszym efektem. Mrówki wymyśliły "hodowlę zwierząt gospodarczych" wcześniej, niż człowiek się w ogóle pojawił (tak, tak, traktują mszyce w sposób, w jaki ludzie zaczęli kilka tysięcy lat temu traktować krowy i kozy). Niektóre zwierzęta używają kamieni niczym młotków (zachęcam do lektury "Focusa" 8/2000), czaple polując na ryby korzystają z przynęty ("Świat ptaków" Chauvin), etc. Przykłady można by mnożyć. A teraz jak porównamy inne zwierzęta z człowiekiem to się robi pewien problem. Bardziej skomplikowane wynalazki tworzyliśmy na bazie tych prostszych. A większość (rzecz jasna nie wszystkie, ale stanowcza większość) pierwotnych ludzkich wynalazków powstała odtwórczo - przez kopiowanie identycznych mechanizmów z przyrody. Śruba, śmigło, strzykawka, nawet papier - wszystko to ma swoje odpowiedniki w przyrodzie (polecam "Focus" 6/1997). Ale to taka mała dygresja, bo jednak obserwacja jest istotna w procesie rozwoju, więc nie będę się tego czepiać, jedynie chcę wskazać, że nie mamy monopolu na pomysłowość i posiadanie narzędzi.
Niemniej pojawia się jeszcze jeden problem - na ile obecność techniki świadczy o zaawansowaniu umysłowym. Bo tak właściwie, to kto powiedział, że np. przeciętny zjadacz hamburgerów mający wokół siebie sporo elektroniki będzie bystrzejszy od głodnego dziecka z Trzeciego Świata? Nie ma takiej zależności. Za to można sugerować, że zwierzęta nie próbują dążyć do tego typu usprawnień z dwóch powodów. Pierwszy to pytanie, czy te wszystkie gatunki czują potrzebę posiadania takowych. Bo może wykorzystują tyle inteligencji, ile im trzeba, a nie ile posiadają? Czy ty, drogi człowieku, widzący w naszym gatunku tak olbrzymi potencjał, dążysz do zostania megamózgowcem? Nie? No to masz już odpowiedź na tę kwestię. Drugi dotyczy możliwości czysto fizycznych - chwytności kończyn. Nie wiemy na pewno, czy inne niż my zwierzęta nie chciałyby posiadać całej gamy wynalazków i czy nie byłyby w stanie ich wykonać. A odpowiadanie na podstawie budowy fizycznej to tak, jak gdybyś np. ludzkiego kalekę nazwał idiotą za fakt nie posiadania rąk. Nie używajmy więc do stawiania między ludźmi a innymi zwierzętami argumentów nie mających solidnego podparcia.
Emocje
Emocje.... emocje powiadasz. "Powiecie, że uczuć się nie wymyśla, po prostu są. Bzdura" - piszesz. Tak jest! Bierzemy wielki kalkulator, wyliczamy, wyniki spisujemy, dopisujemy "co chcemy poczuć", ładujemy w głowę podręcznym sprzętem do prania mózgu i już! Bądźmy poważni, sam podajesz argument duszy. Emocje płyną z duszy, nie z ciała. Pewnie, ze można wstrzyknąć (lub w inny sposób dostarczyć do organizmu) substancje wpływające na percepcję, powodujące np. podniecenie. Ale to będą efekty czysto fizyczne, które w czysto fizyczny sposób przeminą po ustaniu/usunięciu przyczyny. Emocji tak łatwo nie stłamsisz - muszą albo się zaspokoić albo przeminąć w sposób zupełnie niezależny od świata fizycznego.
I na pewno uczucia nie są efektem instynktów. Instynkt jedynie naprowadza co jest na plus, a co na minus. Tu kolego zapominasz o wolnej woli, którą przecież podobnie, jak inne zwierzęta, posiadamy (choć faktycznie, patrząc na społeczeństwo oglądaczy Big Brotherów i innych mydlanych oper mam wrażenie, że w tej kwestii ludzie konsekwentnie chcą się odróżniać od zwierząt - w końcu po co nam wolność, gdy mamy luksusy?). I tu od razu odpowiadając na ewentualny śmiech z twojej strony: tak, wolna wola u innych gatunków istnieje. Jak inaczej wytłumaczyłbyś np. przypadki prób samobójczych wśród zwierząt? Chodzi mi tu o przypadki, gdy wśród gęsi na których prowadzono intensywny tucz część tych ptaków, które miały przez parę chwil możliwość poruszania się, rozbiegały się w kierunku ściany z pochyloną głową - rozpęd sprawiał, że czasem czaszka pękała. Czasem, bo były już zbyt zmaltretowane, by wziąć solidny rozbieg.
Jeśli chodzi o miłość, przyjaźń itd. Jednym jest nie wierzyć w takowe, a zupełnie czym innym gadać od rzeczy. Co prawda, w zupełności zgadzam się w kwestii, że to, co dziś jest przez naszą "kulturę" nazywane miłością to - cytując zespół Kanada - "nowoczesne pierdolenie", ale: a) jaki to ma związek z freudowskimi bzdurami (wzmiankowałeś o popędach - stąd wnioskuję, być może błędnie, że naczytałeś się za dużo o psychologii, czyli inaczej mówiąc nauce na temat szufladkowania ludzi)?; b) jaki to ma związek z ludźmi w ogóle (nasza "kultura" po pierwsze nie jest jedyną, a po drugie nie jest odwieczną)?; c) jaki to ma związek z innymi zwierzętami? I tak od razu, zanim uznasz za absurd wyższe emocje u zwierząt (bo jeśli "niższych" nie dostrzegasz - chociażby wspominane zaraz na początku przykłady bawiącego się psa i łaszącego się kota - to chyba nie ma o czym gadać) - zachęcam do lektury "Focusa" 11/1997, 10/1999 oraz 11/1999 oraz książki "Kiedy słonie płaczą - o życiu emocjonalnym zwierząt" autorstwa J. Massona i S. McCarthy (zanim odrzucisz książkę jako fantastykę, sugeruję dokładnie przeczytać informację o autorach znajdującą się na tylniej okładce). Są gatunki, w których rodzice bronią młodych nawet w sytuacjach beznadziejnych - z czysto ewolucyjnego punktu widzenia bardziej opłacałoby im się uciec i spłodzić nowe potomstwo - ale one nie opuszczają dzieci nawet mimo własnego zagrożenia. Głupota? Gdyby w tę stronę to szło, czy te gatunki nadal by istniały? Tyle, jeśli chodzi o ich "instynktowny" sposób pojmowania emocji rodzinnych. Przykład takiego gatunku? Magellanki.
No, ale pozostańmy przy ludziach. Skoro tak wiele miejsca poświęcasz w tym tekście ludziom, to wypadałoby, żebyś coś właśnie o ludziach wiedział. A tu co? Bzdura goni bzdurę.
Twierdzenie, że kobiety bardziej odczuwają. Skąd te dane? Jak chcesz to zmierzyć? Owszem, większość kobiet częściej w mocniejszy sposób okazują emocje, ale jak jest wewnątrz - najzwyczajniej nie stwierdzisz. Z drugiej strony mężczyźni częściej popełniają samobójstwa - też coś związanego z emocjami. Nie zmierzysz tego. Jednak wszelkie dywagacje są tu o tyle jałowe, że to, czy ktoś mocniej odczuwa, to zależy od cech osobniczych, a nie od płci.
Kwestia monogamii i poligamii:
1. Niby zaznaczasz, że te zwierzęce "popędy" zostały zmienione przez monogamiczny styl życia. No dobra, tyle, że z jednej strony już w starożytności istniały zarówno społeczności monogamiczne, jak i poligamiczne i jakoś nie zawsze miało to związek ze sposobem traktowania kobiety. Ba, istniały społeczności, w których w ogóle instytucja małżeńska jako taka nie istniała - polecam uważną lekturę "Życia seksualnego dzikich" autorstwa Malinowskiego.
2. A co innymi zwierzętami żyjącymi monogamicznie? Kruki łączą się w pary na całe życie, jak się to ma do twojego podejścia do sprawy? A wilki? Wilki po śmierci partnerki/partnera nie łączą się więcej w parę - mimo, że z punktu widzenia podtrzymania gatunku jest to błąd.
3. Jako przykład "popędowego" podejścia do kobiet podajesz cywilizację arabskie. A znasz historię wprowadzenia poligamii w tej cywilizacji? Pierwotnie nie służyła ograniczaniu roli kobiety. Instytucja ta została ustanowiona jako rozwiązanie problemu wdów i sierot w sytuacji, gdy wielu Arabów ginęło na wojnie - i za każdym razem przyszły mąż musiał udowodnić, że jego majątek zapewnia utrzymanie żonom i dzieciom. W Europie w tym samym czasie wdowy i sieroty po ofiarach wojny były w bardzo złej sytuacji. Dopiero z czasem sytuacja kobiet w islamie zaczęła się stawać faktycznie zła, ale działo się to dopiero po interwencji naszej kultury w ich kulturę. Wcześniej... Wcześniej u Arabów istniało coś, co u nas dopiero pojawia się w niektórych krajach, jak np. we Francji - u Arabów istniała np. instytucja małżeństwa tymczasowego, a dzieci z takiego związku miały pełne prawa, w Europie byłyby jedynie "bękartami". No, ale to dosyć spora dygresja od tematu. W każdym razie zaznaczam - NIE bronię tu Arabów, ale podkreślam, że nie wszystko jest tak czarno-białe, jak wygląda na pierwszy rzut oka.
4. Zupełnie mnie rozłożyło twoje podejście do Afrykańczyków. A właściwie nie tyle rozłożyło, co zaszokowało. A skąd ty możesz wiedzieć, co i w jaki sposób czuje Afrykańczyk, który stracił jedną ze swych żon? Skąd te wnioski, że traktuje ją jako własność, przedmiot, majątek? Że nie będzie bronić do ostatnich sił swej żony? Przecież to zupełnie inny krąg kulturowy. A skoro inna kultura, to najpierw trzeba ją poznać, żeby się wypowiadać (na ile znasz ten krąg kulturowy?), a po drugie, żeby oceniać, to wypadałoby najpierw poznać ich wartości, bo sporo zależy właśnie od tego. Z takiego upraszczania i podrzędnego traktowania mniej rozwiniętych cywilizacyjnie kręgów kulturowych rodzi się rasizm. Skąd my, tu, w Europie, mając niemal żadne informacje o rdzennych Afrykańczykach, możemy wiedzieć, czy kobieta jest tam traktowana gorzej, niż w średniowiecznej Europie, czy może jednak lepiej? Może u nich panuje dokładnie odwrotny pogląd - że tam gdzie jest miłość, tam jest otwartość na nowych członków rodziny? Ja tego nie wiem, nie wiem też, jak w poszczególnych plemionach traktowane są kobiety. A to, że w niektórych plemionach przed ślubem za kobietę daje się część swojego majątku... to wcale nie oznacza przeliczania jej na bogactwa. U nas do dziś w wielu regionach panuje dokładnie odwrotny zwyczaj - za kobietą jeszcze idzie posag i wcale nie oznacza to automatycznego przedmiotowego traktowania kogokolwiek.
5. A tak nawiasem, to skoro piszesz "podświadomie przecież wszyscy wierzymy w miłość" (co jest bzdurą), to się zdecyduj, albo wszyscy albo nie. Bo jakoś nijak to się ma do twej opinii o Afrykańczykach i Arabach.
Inne uczucia... skąd ten bzdurny wniosek, że na ukształtowanie się odczucia litości miały wpływ nauki kościoła? W mitologiach ogromnej ilości kultur występuje motyw litości. Podobnie jak w wielu religiach. Różnie była oceniana, ale była obecna. Zarówno daleko na Oceanii, jak i w Grecji (Prometeusz zlitował się nad ludźmi), zarówno w mitach celtyckich, jak i w księgach Talmudu. Nawet w Kodeksie Hammurabiego można znaleźć zapisy, które dziś można by określić jako zalążki prawa socjalnego. Dla odmiany Kościół, który podajesz jako "nauczyciela" litości wsławił się w historii w niezbyt litościwy sposób, ucząc raczej braku tolerancji dla wszelkich krzywomyślicieli/wolnomyślicieli (w zależności od punktu widzenia odpowiednie skreślić).
**********
Godność.
Jeśli chodzi o godność jako efekt życia społecznego. Cóż, ktoś kiedyś powiedział, że to nasze ludzkie społeczeństwo tworzy masa aspołecznych typów. Pytasz, czy w obliczu zagrożenia i tortur nie skamlałoby się jak pies? Nie wiem. Otarłem się już o śmierć, ale sytuacja sytuacji nierówna, a tortury potrafią daleko wnikać w umysł. Ale skoro już mówimy o godności i honorze... ty podajesz je jako cechę odróżniającą nas od innych zwierząt. To ja ci przytoczę historię, jaka miała miejsce kilka lat temu w Białowieży. Nie argument, a fakt, który ocenisz sobie jak chcesz.
Pewnego razu dwa wilki wędrowały przez las. Jeden z nich wpadł we wnyki. Wpadł dosyć pechowo, bo wnyki choć niemalże go rozpołowiły, to jednak przeżył i pozostał w nich unieruchomiony na wiele dni wykrwawiając się w bólu. Gdy później leśnicy i przyrodnicy dokonywali oględzin terenu, na podstawie śladów dookoła ustalili parę rzeczy. Drugi wilk (lub wilczyca) towarzysząca pechowemu wilkowi pozostała w pobliżu przez szereg dni, prawdopodobnie nie opuściła go aż do śmierci. W pobliżu w którymś momencie musiał pojawić się człowiek - bo i jego ślady były, dosyć świeże, prawdopodobnie przechodził gdy wilk jeszcze żył. Po śladach krwi można też było wnioskować, że nie zraniony wilk próbował dosyć intensywnie uwolnić towarzysza, prawdopodobnie również wtedy, gdy ten już był martwy. Wilki to zwierzęta o dosyć dobrej percepcji, więc karkołomnie byłoby twierdzić, że wolny wilk nie zauważył śmierci towarzysza. Trudno też przypuszczać, by nie był w stanie ocenić wnyków jako zbyt twardych do przegryzienia. A jednak haratał sobie pysk, próbował. I nie opuszczał towarzysza w potrzebie.
Dla mnie to właśnie jest honor. To jest godność. Dla ciebie zapewne prymitywny instynkt.
Inny przykład - delfiny. Te morskie ssaki w rejonach, w których Japonia przeprowadza łowy całymi tysiącami giną w tzw. dryfujących sieciach. Kolejne tysiące giną próbując te pierwsze oswobodzić z dryfujących sieci. Co do zmysłu obserwacji delfinów raczej nie ma wątpliwości - więc dlaczego ryzykują tak beznadziejną śmierć widząc, że wszelkie próby pomocy to potężne ryzyko?
Inteligencja.
Ha, to ci dopiero fajne stwierdzenie. Fajne do podbudowywania własnej samooceny. Doskonałe narzędzie dla psychologów, którym się wydaje, że czyjąkolwiek psychikę można zawrzeć w ciasnych teoriach. Ale wiesz (lub nie), każdy ma swój sposób myślenia i gdybyś wziął jakikolwiek punkt odniesienia ("stopień inteligencji"), to cała reszta okaże się idiotami. Można co najwyżej mówić o sprycie, bystrości, rozumie. Co do bystrości, to zależy głównie od percepcji, a że tą ustępujemy wielu gatunkom nie ma co gadać. Spryt występuje tez u całej gamy gatunków, skoro np. niedźwiedzie do uli podchodzą dokładnie w te noce, w które te nie są pilnowane. No i zostaje rozum. Tylko co to jest rozum? Chyba nie ma jednoznacznej definicji. W zasadzie nie ma jej wcale. Ale w jakiejś książce natknąłem się na ciekawe ujęcie: rozum jest to tendencja do dokonywania nieracjonalnych czynności. Co prawda takowa tendencja też występuje u wszystkich zwierząt, ale bez wątpienia my, ludzie, nie mamy w niej równych - bo jakiż inny gatunek ma taką nieustającą dążność do samozagłady, hę? No, niby lemingi, ale one nie dokonują samodestrukcji na tyle możliwych sposobów, a tym bardziej nie próbują zniszczyć wszystkiego dookoła.
No, a skoro już mówimy o sprawności myślenia (zdecydowanie bardziej sensowne określenie, niż "inteligencja", którą by się dało zmierzyć) - jeśli twierdzisz, że człowiek myśli sprawniej, to powiedz mi, czy gdyby człowieka poddać testom adekwatnym do takich, jakie są prowadzone np. na szczurach, to czy na pewno by z nich wyszedł równie dobrze? Zanim odpowiesz, że zadania stawiane przed zwierzętami laboratoryjnymi są proste, weź pod uwagę, ze zostały one wrzucone w zupełnie obce im środowisko. To trochę tak, jak gdyby przeciętnego Amerykanina wrzucić nagle w środek amazońskiej dżungli. Coś mi się wydaje, że nawet gdyby uniknął zjedzenia, to paradoksalnie mógłby umrzeć z głodu.
Dusza...
Tia. W tekście wspominałeś o chrześcijaństwie, ale chrześcijaństwo kojarzy mi się raczej z franciszkańskim podejściem, gdzie każda istota nosi w sobie to "coś", niż z katolickim antropocentryzmem. Nie jestem chrześcijaninem. Ale wierzę w istnienie duszy. Moim zdaniem dusza to kwintesencja istnienia. To jest indywidualność. To jest osobowość. To jest to coś, co każda żywa istota posiada i co ją odróżnia od biomasy. Jak już wspomniałem, odniosłem wrażenie, że piszesz z katolickiego punktu widzenia. Cóż, katolicy, jeśli nie liczyć paru wyjątków bardzo łatwo odchodzą od Biblii, którą rzekomo traktują jako autorytet.
Do czego zmierzam? Czym według ciebie jest dusza? Czy zgodzisz się, że jest to pierwiastek życia (a jeśli zamierzasz zachować konsekwencję wobec własnego tekstu, to siłą rzeczy w pewnym momencie napisałeś czarno na białym, że dusza to życie)? Jeśli tak, to w Biblii jest przecież zaraz na początku - Rdz 1,30 - mowa, że w zwierzętach rożnych gatunków ów pierwiastek życia jest. A może powiesz, że dodatkowo chodzi o wolną wolę? Dobra, niech i tak będzie. Czy kruk wysłany przez Noego by sprawdził, czy można wyjść z Arki, wykazał wolną wolę i zechciał osiedlić się na nowym terenie zamiast wrócić do ciasnego statku? No chyba, że uznasz, że dusza to taki "dodatek do człowieka", nie związany ani z emocjami, ani z myśleniem, ani z wolną wolą. Tylko wtedy co to jest? Jakie ma znaczenie? Dekoracyjne?
Piszesz, że stoi przed nami szansa, że powinniśmy starać się stworzyć Niebo na Ziemi. A tak! Dalejże, dalej wprowadzajmy to nasze pojmowanie szczęścia. Człowieku! Czy ty naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, że zanim nadeszły czasy tej naszej ("naszej" w sensie naszego kręgu kulturowego, a nie w sensie ludzkości w ogóle) kochanej cywilizacji, to świat istniał w równowadze i był naprawdę piękny? Aborygeni, Indianie, Eskimosi, Enuici i wiele innych ludów - oni wszyscy brali tyle, ile potrzebowali, a nie ile chcieli. I współżyli z Matką Naturą. Było dobrze. A my, ci wielce "rozumni", zniszczyliśmy to wszystko. Słabszych uważamy za gorszych (ot, np. twoja wcześniej omawiana opinia o Afrykańczykach), tych, z którymi nie jesteśmy w stanie się porozumieć, to już w ogóle sprowadzamy o poziom niżej (inne niż my zwierzęta), udowadniamy swoją odmienność na każdym kroku, a przy okazji zabijamy się tym, co uważamy za dowód naszej wspaniałości - alergeny w modyfikowanej żywności, fale magnetyczne w komórkach, niszczące skórę substancje w dezodorantach i kosmetykach, spaliny z samochodów... Sami zamknęliśmy się w pułapce bez wyjścia, bo już nie jesteśmy w stanie się od tego oduczyć, nie wrócimy przecież do jaskiń - chcesz w tym zaułku bez wyjścia tworzyć raj na ziemi? Chcesz tworzyć raj nie biorąc pod uwagę, że nie ma lepszych i gorszych podług podziałów gatunkowych?
Co zaś do kontrolowania swej zwierzęcości... brzmi jak samoprogramowanie. Dusza to między innymi coś, co pozwala na wolność, coś co daje wolną wolę. Gdy zaczniesz się programować, to co zostanie z ciebie? Faktycznie, pozbędziesz się zwierzęcości, którą tak negatywnie postrzegasz. Tylko co ci zostanie? Pusta maszyna. Biorobot. Zlepek komórek. Seria reakcji chemicznych.
Aha, wspominałeś też o dzieciach. Wspominałeś w sposób taki, że chyba jakaś skleroza cię opadła, a może to tylko duma z wydoroślenia (?). Czy naprawdę uważasz, że dzieci są niechętne pomocy, a dorośli przeciwnie? Wiesz, od lat mam styczność z ruchem obrony praw człowieka. I zauważyłem, że najchętniej, najmocniej angażują się ludzie młodzi. Później się wypalają. A więc proces dokładnie odwrotny. No, ale żeby to dostrzegać, trzeba się angażować więcej, niż w twoim przykładzie dawania bezdomnemu dziecku cukierka. Spróbuj, o dorosły człowieku, pójść na wolontariat do jakiegoś ośrodka pomocy społecznej. System cię wykończy psychicznie. Spróbuj robić coś oddolnie, poza systemem. Zmieszają cię z błotem. Właśnie świat dorosłych tak cię urządzi. I ty twierdzisz, że dopiero wydoroślenie pozwala na robienie czegoś od siebie?
Stanowczo odnoszę wrażenie, że twój sposób myślenia przebiega po linii: 1. Wybrać cechy negatywne. 2. Przypisać ich pochodzenie innym gatunkom zwierząt. 3. Wymyślić argumenty uzasadniające punkt 2, mając nadzieję (a może pewność in blanco?), że będą zgodne z faktami.
No, bo gdzie niby widzisz owy rzekomy zwierzęcy egoizm? Owszem, w każdym gatunku zdarzają się osobniki aspołeczne. Ale nasz gatunek jest jednym z nielicznych, w których odbywa się to na ogromną skalę. A być może nawet wiedziemy w tym prym? Żeby było śmieszniej, większość innych gatunków o dużym odsetku zachowań aspołecznych to gatunki, w których środowisko i zwyczaje człowiek ingerował najmocniej (np. psy).
Reasumując: zwierzęta SĄ istotami myślącymi i czującymi. Lecz cytując twoje własne słowa: "ale prawda jest taka, że mało kogo to obchodzi, większość z nas jedzie na fali nie przejmując się swą krótkowzroczną polityką" - dużo łatwiej uznać się pępkiem świata.
Gdzieś tam na końcu wspomniałeś, że los zwierząt jest już policzony. To akurat prawda. Między innymi dzięki odmawianiu im własnej woli, własnych uczuć, własnych doświadczeń. Ale jak już widzę, że w chwilę później piszesz, że może jakiś gatunek ocaleje, jeśli będzie niezbędny dla środowiska... zniknięcie każdego gatunku mocno zaburza równowagę. A jeśli chodzi o wymieniane przez ciebie gatunki, które niby by przetrwały na potrzeby hodowców... weź ty się doedukuj nieco. Wymieniasz papugi. Egzotyczne ptaki rzadko rozmnażają się w hodowli, większość z nich pochodzi z przemytu, a nie z urodzin w niewoli. A że przemyt przeżywa średnio jedno zwierzę na dziesięć (dane Głównego Urzędu Ceł), to wyobraź sobie na jaką skalę są wyłapywane ginące gatunki ptaków. I sam powiedz, ile z nich może przetrwać w tej sytuacji.
Na zakończenie jeszcze wątek o łatwości w używaniu "wielkich słów". W zasadzie to już nie ma związku z resztą, ale warto to poruszyć. Łatwo spłycamy dziś słowa takie, jak honor i szacunek. Ale jak ktoś pisze, że każdemu człowiekowi należy się szacunek za to, że posiada uczucia? Szacunek to coś, na co trzeba sobie zasłużyć. Wiesz ilu przez historię przewinęło się osobników, którzy wręcz kipieli uczuciami? A owszem, kipieli, tyle, że jakimi? Przywódcy wojsk, państw, instytucji. Oni wszyscy mieli naprawdę mocne uczucia. Cała Ameryka swego czasu spłynęła we krwi uczucia dumy białych kolonizatorów.
Wilk (wybacz te nieludzką ksywę, ale ja wolę szukać w sobie tego co zwierzęce, niż przyjmować własny gatunek jako punkt odniesienia) poczta: wyjacywilk@poczta.fm http://www.ulve.z.pl/ http://www.wataha.cad.pl/
*) Cytat z zespołu Fate oczywiście. **) Tekst dotyczy tylko zwierząt, ale warto jako ciekawostkę dodać, że wśród przedmiotów wykładanych na Uniwersytecie Jagiellońskim można się doszukać między innymi fitosocjologii, a w encyklopediach można doszukać się terminu fitocenologia. ***) Właśnie pomyślałem, że może oprócz "1984" czytałeś również "Coś"? (nie ujmując nic obu książkom, bo są świetne).
Wilk poczta: wyjacywilk@poczta.fm http://www.ulve.z.pl/
|