Hip-hop, please stop! Łukasz Prokulski
Było już na łamach NoName o przekazie, było o młodzieży, było o buntach tejże młodzieży. Było też - między tym wszystkim - o hip-hopie... Będzie więc jeszcze raz, tym razem moim okiem, z moim doświadczeniem 24-latka słuchającego dużo muzyki i zwracającego uwagę na teksty. Baczną uwagę.
Jak zapewne widać już z tytułu tego tekstu - nie jestem zbytnim zwolennikiem hip-hopu. Przyznam szczerze, że nie lubię hip-hopu i rapu zagranicznego - tego rdzennego, korzennego, amerykańskiego, z getta, z Brooklynu. Z Polski zresztą też nie bardzo lubię... Dlaczego? O amerykańskim nie mówmy (wiele jest amerykanizmów w tym dziwacznym kraju, większości z nich wręcz nie cierpię), zajmijmy się tym co nasze, rodzime.
Być może (właściwie: z pewnością) ktoś podważy moje zdanie, a tym bardziej moją znajomość polskiego hip-hopu. Na pewno przyczepią się fani Molesty... Z góry uprzedzam: wymienione nazwy zespołów (heh, tak na marginesie to zabawne: zespoły są w popie, kapele w punku i metalu, a w hip-hopie mamy składy... A co za różnica?) są tylko przykładem, chociaż myślę o nich to, co piszę. Nie jest jednak tak, że bardzo nie lubię jednych, a gloryfikuję innych.
Otóż nie noszę szerokich spodni z krokiem opuszczonym do kostek, nie jeżdżę na desce czy też snowboardzie. Nie bawi mnie to, chociaż cenię ludzi, którzy na desce - takiej czy innej - potrafią wykonywać przeróżne ewolucje. Jednak coś tam o muzyce wiem i na tej wiedzy opieram swoje zdanie.
W Polsce hip-hop zaczął się właściwie od Liroya i nieco później od "squadów" typu Kaliber 44 czy Molesta. I o ile Scyzoryka cenię (ale nie lubię), lubię i cenię Kaliber 44, Paktofonikę i mojego ulubionego (z hip-hopowców) Fisza, o tyle ludzie z zespołów typu Molesta mnie drażnią. Dlaczego?
Kaliber ma i miał coś do powiedzenia (chociażby ich pierwsza płyta z niezapomnianym "Plus i minus" o testach na AIDS, czy też numer o wątpliwości istnienia Boga - "Bądź, a klęknę" o ile mnie pamięć co do tytułu nie myli); podobnie Fisz (moje ulubione "Blablabla" z pierwszej płyty, którą uważam za znacznie lepszą od drugiej) i Paktofonika. Cenię tych trzech wykonawców za teksy oraz to co jest dla nich tłem. Fisz - syn Wojtka Waglewskiego ze znakomitego VooVoo - wyraźnie doskonale orientuje się w muzyce "dobrej"; na ostatniej płycie słychać jakieś jazzowe (mmm... miodzio!) sample, znalazłem chociażby coś z płytki "Sonic Tools" niemieckiego duetu Tab Two... Cieszy mnie to i bardzo imponuje. A smaczki w "Tajemnicy" - ach! Jazz i klasyka rozwijają się, nie zamykają w jednolitym (z wariacjami) elektrycznym, przesterowanym brzmieniu gitar czy tłuczeniu w perkusję. I u Fisza (podobnie u Kalibrów i Paktofoniki; jednak skupiam się na Fiszu, bo to najlepszy przykład) owo rozwijanie muzyczne ma też wpływ na rozwijanie w sferze tekstów. Ten chłopak - w zasadzie w moim wieku, może rok młodszy - wie co chce powiedzieć, mówi to co zauważa na ulicy czy w metrze ("Mam 22 lata i ciągle nie mam prawa jazdy, więc ciągle jeżdżę tramwajami, autobusami czy kochanym metrem..." - początek z wspomnianego już utworu słowno-muzycznego "Blablabla") i za to go cenię i chwalę. Tak samo jak cenię Grammatika i Fenomen za współpracę w jednym (co prawda jedna jaskółka nie czyni wiosny, ale zawsze coś lepsze niż nic) z numerów z Leszkiem Możdżerem, wybitnym pianistą jazzowym (nikt tak nie gra w tym kraju jazzu jak Możdżer na fortepianie i Stańko na trąbce).
Taki hip-hop lubię: dobre tło muzyczne, zakręcone, z wariactwem jazzowym i wciągającymi "przeszkadzajkami" w tle; z dobrymi tekstami o tym co prawdziwe, o tym co widać wśród nas. Taki hip-hop podoba mi się najbardziej. W końcu na tym polega ten gatunek, prawda? Ma to być - o ile mi wiadomo - już z założenia komentarz do rzeczywistości, do tego co widać w otaczającym świecie.
A gdzie w tym jest chociażby Molesta, Molesta Ewenement czy też sam Ewenement? - sam już nie wiem jak ten "squad" się zwie, gdyż ciągle zmienia nazwy... Pamiętam pierwszy większy "hit" Molesty - wystarczył ten jeden numer i zniechęciłem się do chłopaków z Warszawy (o ile czegoś nie przekręcam)... "Poszedłem do kolegi załatwić pewną sprawę - chodziło o wzmacniacza naprawę" deklamuje człowiek w tymże hicie. Hmm... Okee - każdy ma jakieś problemy, mniejsze czy większe, ale dlaczego do jasnej cholery mam słuchać o naprawie wzmacniacza w muzyce, która z założenia ma opisywać świat wokoło? "Naciskam swoim długim krzywym palcem STOP w magnetofonie i moje dłonie transportują taśmę do śmietnika" (czy też jakoś podobnie) - za Fiszem. Tak jak Molesta, tak większość grup w Polsce, deklamuje (bo to chyba nie jest śpiew, prawda?) swoje historyjki.
Ostatnio oglądam trochę muzycznej telewizji z polskim hip-hopem. Interesuję się muzyką i chcę wiedzieć co dzieje się w jej zakamarkach - każdych zakamarkach, także w takich, których nie lubię. I co widzę? Co słyszę? Słyszę coraz to nowych, młodych ludzi, którzy w swych nowych, coraz to lepszych składach mówią wciąż o tym samym... Mówią to, o czym powiedział już Kazik Staszewski z Kaśką Nosowską w "Zoil" - mówią o krytykach; o tych, którzy nie rozumieją ponoć ich muzyki i ciągle tylko "jebią" (a co! - w końcu w hip-hopie wulgaryzmy trafiają się nierzadko) ich zamiast chwalić. Nie czytam tych recenzji, nie wiem więc co owi krytycy mają do powiedzenia. Ale ja mam do powiedzenia tyle, że jest za co jebać chłopaków. Ileż można słuchać o tym, że ktoś nie rozumie kogoś innego tekstów? Dla mnie osobiście nie ma w tym przekazu, nie ma w tym żadnej społecznej (czy nawet osobistej!) historii. Każdy (prawie - nie należy oczywiście uogólniać) nowy singiel zaczyna się ciekawie, a w refrenie lub w drugiej zwrotce mamy coś o tym, że nikt nie rozumie autora, że każdy tylko chce mu dokopać; że krytyk nie mieszka na osiedlu i nie wie jak ciężko jest żyć... Nie znudziło się Wam to jeszcze, drodzy Czytelnicy?
Widocznie nie, bo na hip-hopie chyba coraz lepiej się zarabia... W końcu to taka niby-niszowa muzyka, która ma masę zwolenników; ujaranych marihuaną małolatów w za dużych spodniach i bluzach z kapturem... Nie ma więc mowy o niszowości na miarę na przykład (jeśli już mamy być w Polsce) Ścianki, Mazolla, Miłości, Kur, czy z mniej awangardowego brzmienia - Raz, Dwa, Trzy którego ostatnia płyta ("Talerzyk") sprzedała się aż w tysiącach egzemplarzy; może w pięciu, może dziesięciu tysiącach... A ile sprzedaje Kaliber? Fisz? Czy też moja "ulubiona" Molesta albo Te-De Warszawski Deszcz?
Wspomniałem Kazika, wspomniałem o opisie blokowiska. Pan Kazimierz jak widać przez lata, wręcz dziesięciolecia - czy to w Kulcie czy poza nim - potrafi opisać polską rzeczywistość. Kazik idzie mocno w politykę i polityków - nie każdy musi (wręcz nie powinien!) robić to samo. Jednak pomimo kilku lat pracy pisze ciągle nowe teksty, sporadycznie się powtarza. A polski hip-hop powtarza się stale... "Kilka razy rzucił kurwa, potem było coś o blantach i znowu kurwa" pisze młody Waglewski. Ale młody Waglewski zapomniał o tych, którzy piszą o krytykach i o tym, że nikt ich nie rozumie.
Ja nie twierdzę, że łatwo jest napisać piosenkę, jeszcze do tego tak, aby się rymowało. Ale czy da się pisać tylko o tym, że nikt nas nie lubi, nikt nas nie chce? A może po prostu za mało znam hip-hopu? Ale nie chcę znać więcej, skoro media - prezentujące ponoć to co najlepsze - karmią nas tym chłamem. Tak, chłamem.
Można pisać teksty (nie ważne czy piosenki, wiersze, powieści, opowiadania czy też scenariusze filmowe) na kilka sposobów. Ale teksty prawdziwe zostają docenione i zauważone. Dlaczego wspomina się w stacjach telewizyjnych do tej pory "Plus i minus" Kalibru? Ten utwór pamiętam z bodajże połowy liceum, a teraz kończę studia... Czy ktoś "puszcza" w radio czy TV Molestę z ich "pewną sprawą - wzmacniacza naprawą"? Nie spotkałem... Może ktoś w tej czy innej stacji radiowej czy telewizyjnej nie lubi Molesty? A może ma o nich po prostu takie samo zdanie jak ja? I nie chodzi tylko o Molesta Ewenement - to tylko przykład, taki sam jak Fisz z drugiej strony kija.
Można pisać różne teksty. Tylko dlaczego do tej pory "Cześć Tereska" było jedno? Dlaczego jest tylko jeden Fisz?
Łukasz Prokulski www: http://lemi.prv.pl
|