Bezsensowny strzał

- Ciekawe, jak oni się czują - pomyślał Harry, zamykając już czwartą tego dnia osobę w stosunkowo niewielkiej, lekko szumiącej komorze.

Po chwili wydatnego myślenia doszedł do całkiem słusznych wniosków.

'Oni się w ogóle nie czują, durniu, bo są uśpieni...' - skarcił w myślach swój tok rozumowania - nadzwyczaj skomplikowany, jak na człowieka o zadziwiająco niskim poziomie intelektualnym (tylko 12,35 punktów w teście Albrighta, aplikowanym każdemu noworodkowi od 2012 roku w celu przyznania statusu obywatelskiego). Biała komora bardzo powoli zamknęła się, chowając w środku ciało chudego mężczyzny o krętych, jasnych włosach. Technik nadzorujący cały proces formalnie stwierdził, że operacja zahibernowania jednostki aspołecznej numer 2á34-56 została pomyślnie zakończona.

Wszyscy zaczęli opuszczać wielkie pomieszczenie z setkami podobnych urządzeń, jakby nic się nie stało. Ta chłodna obojętność czasem denerwowała Harrego, który wraz z innymi strażnikami udał się spowrotem na swój macierzysty posterunek służb bezpieczeństwa. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku rozwiało jego wszelkie wątpliwości, których przecież mieć nie powinien. Jednak te wątpliwości czasami dręczyły młodego Harrego Powellsa. Strażnik (już za rok egzekutor, myślał sobie czasem, gdy znużenie monotonnymi obowiązkami najniższego rangą członka służby bezpieczeństwa dawało o sobie znać) często leżąc w nocy rozmyślał nad losem ludzi, których doprowadzał przed oblicze Wiecznego Snu. Hibernacja to przede wszystkim pozbawienie kogoś kilku lat życia - czas snu plus kolejne kilka lat po przebudzeniu na zaadaptowanie się do środowiska. Człowiek budzący się np. po stu latach letargu przeżyć musi niemały szok. Chyba, że za te sto lat będą sobie umieli poradzić z czymś takim...

'Ale kto to może wiedzieć, skoro trudno przewidzieć, co będzie następnego dnia' myślał wtedy Powells z nutą melancholii wspominając swoje obecne położenie finansowe. Z drugiej strony, dlaczego martwić się o ludzi, którzy nie martwią się o resztę społeczeństwa? Hibernowani byli w końcu tylko przestępcy - nikt inny... Podczas takich nocy, po kilku nieprzespanych godzinach Harry wstawał z łóżka i udawał się do lodówki. Ponieważ jak zwykle niewiele w niej było, zrezygnowany wypijał trochę przefiltrowanej wody z kranu i wracał na posłanie z nadzieją na sen. Ten jednak nie nadchodził. Nadchodziły za to nowe pytania i wątpliwości.

Czy eliminowanie ze społeczeństwa przestępców poprzez poddawanie ich hibernacji i budzenie dopiero w czasach, gdy problem przestępczości będzie definitywnie rozwiązywalny jest właściwe? Bo chociaż w sposób szalenie efektywny jednostki łamiące prawo były szybko unieszkodliwiane i eliminowane ze społeczeństwa, to jednak kiedyś trzeba będzie takie osoby obudzić. Nie można przecież skazać kogoś na karę śmierci (równoznaczną ze snem bez nadziei na obudzenie) za zwykłą kradzież tłustego hamburgera z baru fast foodowego. A to oznacza pozbycie się niewygody poprzez zrzucenie jej na barki innego społeczeństwa. Problem tysięcy kryminalistów mających zostać obudzonych wtedy, kiedy ludzkość znajdzie złoty środek na zjawisko przestępczości, nie będzie już problemem obywateli obecnie żyjących ani prawdopodobnie też ich dzieci czy wnuków. Właściwie nie będzie już w ogóle problemem, gdyż według zamierzeń, zahibernowani zostaną obudzeni dopiero wtedy, kiedy problem ich poprawnej egzystencji w społeczeństwie zostanie rozwiązany.

Pomimo wielu takich nieprzespanych nocy, Harry musiał zawsze następnego dnia udawać się do pracy. Tak też uczynił i teraz. Gdy wszedł do windy mającej zawieźć go na dół, zobaczył młodego chłopca, który zaraz po przejściu przez bezszelestnie zasuwające się drzwi, stanął tyłem do strażnika. Zdziwionemu Powellsowi coś takiego zdarzyło się po raz pierwszy od początku pełnienia swojej służby. Nie słyszał też, żeby jego innych kolegów spotkało coś podobnego. Postanowił więc zainteresować się wyraźną antypatią chłopca do jego osoby.

'Raczej do pełnionej funkcji' pomyślał Harry, po czym łagodnym głosem zapytał.

- Przepraszam najmocniej, czy mieszkasz może na tym samym piętrze co ja, czy też może pomyliłem cię z innym młodym człowiekiem?

- Niestety mam tą wątpliwą przyjemność mieszkać obok strażnika - ciemnowłosy chłopak odsunął się jeszcze bardziej, z niepokojem stwierdzając, że już mocniej w ścianę wcisnąć mu się nie uda.

- Czy uważasz człowieka, który pilnuje przestrzegania prawa, za kogoś odrażającego? - Harry zauważył, że jego rozmówca aż spocił się z wysiłku, żeby dostrzec na wyświetlaczu, ile jeszcze pięter pozostało do końca podróży.

- A jak mam traktować pana, który wysyła ludzi w nieznane? Nie dość, że być może doprowadza ich pan przed oblicze śmierci, to jeszcze przysparza pan kłopotu następnym pokoleniom, które będą musiały coś zrobić z tymi tysiącami ciał trzymanych przez pana i pana kolegów w puszkach, jak sardynki.

- Dlaczego sądzisz, że być może doprowadzam ich przed oblicze śmierci? Oni popełnili jakieś przestępstwa, więc tylko odseparowujemy ich od reszty normalnego społeczeństwa do czasu, kiedy będziemy mogli pomóc im dostosować się do normalnych zachowań reszty praworządnych obywateli. Nie przysparzam też kłopotu następnym pokoleniom, bowiem wszyscy zahibernowani zostaną obudzeni dopiero wtedy, kiedy nie będą stanowić problemu, w żadnym wypadku wcześniej. Za to chronię takich jak ty przed złodziejami, bandytami i innym elementem społecznym - cierpliwie skończył przekonywać młodego człowieka argumentami, którymi sam siebie uspokajał podczas bezsennych nocy dręczących go identycznymi wątpliwościami.

- Dla was, strażników, to tylko 'element społeczny', nie!? - odkrzyknął chłopak, po czym wybiegł z windy, która już od pewnego czasu stała na dole. Z całej tej rozmowy Harrego zaintrygowało najbardziej jedno stwierdzenie.

'Wysyłanie ludzi w nieznane' - wspomniał słowa, które padły pod jego adresem. Myśl ta ulotniła się jednak tak niespodziewanie, jak się pojawiła. Młody strażnik pospiesznie wyszedł z winy, która już zaczynała informować przeciągłym sygnałem o konieczności jej opuszczenia - w XXX wieku nic nie mogło być bezczynne. Tak też i winda, zaraz po przekroczeniu progu przez Harrego uniosła się wysoko w górę, zapewne do następnych oczekujących.

W drodze na posterunek Harry nie mógł uwolnić się od natarczywego problemu, nękającego go od czasu rozmowy z chłopcem. Nieznane. Przyszłość pełna zaskakujących rzeczy. W jakiej rzeczywistości obudzą się wszyscy zahibernowani kryminaliści. Harry, który całe swoje życie zamierzał poświęcić zapobieganiu zjawiska przestępczości, był niezwykle ciekaw, jak też poradzą sobie z tym ludzie przyszłości. Wątpił, żeby nastąpiło to za jego życia - to bolało go najbardziej. Ciekawość tego idealnego świata, w którym resocjalizowani zostaną wszyscy złapani przez niego bandyci, nie dawała strażnikowi spokoju. Nagle, z niesłychaną stanowczością postanowił zaspokoić swoją ciekawość. 'To będzie jak podróż w czasie', pomyślał, po czym po raz pierwszy od roku czasu zboczył z najkrótszej drogi, jaką zawsze kroczył do swojej pracy na dwudziestym trzecim posterunku. Być może Harry nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w mrocznych zakamarkach jego umysłu już od dawna podświadomość podsycała ciekawość tego świata przyszłości. Świata przyszłości, któremu zaufał, powierzając mu ludzi. Świata, w który mocno wierzył. Świata, który fascynował go, nie pozwalając równocześnie na swoje poznanie. Ciekawość ta musiała w końcu wybuchnąć i uderzyć, wybijając się na światło dzienne ze zdwojoną siłą w najmniej oczekiwanym momencie. Równocześnie z nią pojawiło się nadzwyczaj proste rozwiązanie problemu.

- Czemu o tym wcześniej nie pomyślałem? - impulsywnie zapytał przypadkowo spotkaną na chodniku kobietę.

Ta zdziwiła się niezmiernie i nie chcąc w jakikolwiek sposób ujawnić swojego zainteresowania anormalnym zachowaniem stróża prawa, szybko oddaliła się nie komentując zdarzenia, jak gdyby nigdy nic. Harry opętany pomysłem, który musiał być jak najszybciej zrealizowany ('potem może nie starczyć odwagi', myślał), przyspieszył kroku, także nie reagując na wywołane swoim nieprzemyślanym zachowaniem zajście.

Po ponad godzinnym spacerowaniu w transie, dostrzegł w końcu to, czego szukał. Poszczęściło mu się jak nigdy dotąd - normalnie wykrywał nie więcej niż jedno poważne przestępstwo na miesiąc. A tutaj, jakby na zawołanie, barczysty mężczyzna kopie na ziemi leżącego człowieka. Wykrzykiwane pod adresem ofiary słowa świadczyły niewątpliwie o odbytej przed chwilą ostrej wymianie zdań. Ot, często zdarza się coś takiego między wspólnikami. Gdyby nie podświadome opętanie niepohamowaną rządzą zaspokojenia swojej ciekawości, która niedawno tak nagle eksplodowała, Harry najprawdopodobniej, po udzieleniu reprymendy, puściłby całą historię w niepamięć. Tutaj jednak znalazł pretekst. Krzyknął ostro do dwóch szamoczących się mężczyzn i ruszył ich stronę wyciągając blaster.

Pierwszy raz w trakcie swojej służby Harry dotknął broni poza posterunkiem. Mało tego, niezauważalnym ruchem kciuka przestawił urządzenie z pozycji 'ogłuszanie' na 'zabijanie'. Dwaj szamoczący się mężczyźni stanęli jak wryci, zdziwieni taką gwałtownością stróża prawa. Strażnik, ciągle idąc, precyzyjnie wymierzył w wyższego człowieka. Nie spuszczając oczu ze swojej ofiary, nacisnął przycisk wyzwalający wiązkę śmiertelnej energii. Przeszyła ona pierś niedoszłego zabijaki, który bez tchu głucho padł na ziemię. Drugi z mężczyzn tak się przeraził, że puścił się pędem w przeciwną stronę i zniknął za pierwszym załamaniem budynków.

Harry jednak w ogóle nie zwrócił na niego uwagi. Stanął nad trupem i z ogromnym przerażeniem wypuścił blaster. Zdążył wyszeptać tylko 'Przepraszam', gdy jego skołatany mózg odmówił posłuszeństwa zdając sobie sprawę z właśnie popełnionego czynu i Harry zemdlał. Ze świadomością, że popełnił przestępstwo. Pomimo tego, (co najbardziej potem zdziwiło śledczych) na jego pogodnej twarzy malowało się zadowolenie, jakby z poczucia dobrze wypełnionego zadania.

Po niezauważalnie mijających latach od tego wydarzenia, podczas których narodziło się i umarło setki tysięcy osób, podczas których zawarty został nie jeden pokój i wybuchła nie jedna wojna, we wnętrzu olbrzymiej góry w północnych Alpach zabłysnęło małe światełko. Główny komputer wielkiego kompleksu, po dogłębnej analizie wszystkich czynników społecznych, wzorców zachowań ludzi żyjących na ziemi, osiągnięć kulturowych i technicznych epoki, zachowań poszczególnych jednostek i grup, a nawet przeglądu codziennej prasy i wiadomości uznał, że już czas.

Zaczął powoli budzić tych, którymi się opiekował uznawszy, że współczesna tej chwili ludzkość poradzi sobie z zahibernowanymi lepiej, niż poprzednie pokolenia. Po wielu miesiącach (nie można było przecież obudzić wszystkich na raz) przyszła i kolej na Harrego. Wieko jego komory otworzyło się, zalewając nie przyzwyczajone oczy byłego strażnika potokiem światła. Robot pomógł wyjść zdezorientowanemu z wnętrza maszyny, po czym zaprowadził go do małej kabiny. Robot zamknął drzwi i Harry został sam. Zaczął rozglądać się po pokoiku, bardzo wygodnie i funkcjonalnie urządzonym i rozmyślać, co się faktycznie stało.

Po kilku minutach jego świadomość poukładała wszystkie fakty w jedną całość i strażnik uświadomił sobie dlaczego i gdzie się znajduje. - A więc udało się - wesoło powiedział do ogarniającej go pustki, po czym usiadł przy zastawionym stoliku i zaczął jeść naszykowane rzeczy. Nic specjalnego - same konserwy i stare chrupki. To wszystko pamiętało czasy jego epoki. Pomyślał, że to i dobrze, bo obecne jedzenie mogłoby mu od razu nie przypaść do gustu. W końcu i tak będzie musiał do niego przywyknąć, ale na razie może skupić się na innych rzeczach. O to też właśnie chodziło projektantom całego przedsięwzięcia.

Gdy skończył posiłek, odwrócił się w stronę innego krzesła, przez którego oparcie przewieszone było schludne ubranie. Włożył je na siebie nie spodziewając się, że będzie ono takie dziwne. W tym wypadku było to jednak konieczne, bowiem wyróżnianie się z tłumu nie przyniosłoby mu niczego dobrego. Harry z niesmakiem stwierdził, że gusta obecnych ziemian są mu zupełnie obce. Skórzana kurtka, czarne spodnie z szerokim paskiem. Nie wyglądał w tym pogodnie - nie tak, jak lubił się ubierać. Gdy ze zniecierpliwieniem zaczął już myśleć, ile czasu przyjdzie mu jeszcze spędzić w tym małym pomieszczeniu, płaski ekran monitora wiszący na ścianie rozświetlił się.

Ukazała się surowa twarz młodej kobiety, która od razu zaczęła mówić. 'Zapewne nagranie', mruknął do siebie Harry nieco obrażony przez potraktowanie go jak jednego statystycznego przypadku, dla którego powtarza się wciąż te same, utarte schematy. Co pomimo niezadowolenia i niesmaku, było jednak oczywistą i nie do zakwestionowania prawdą.

- Witaj w 3118 roku. Zostałeś obudzony po 115 latach snu hibernacyjnego, w który zostałeś wprowadzony z powodu popełnienia czynu uznawanego w twoim społeczeństwie za zbrodnię. Zostały ci przywrócone wszelkie prawa obywatelskie. W kieszeni kurki znajdują się twoje obecne dokumenty tożsamości oraz pewna suma pieniędzy, która powinna wystarczyć Ci na początek, zanim nie znajdziesz sposobu na własnoręczne uzyskanie środków do życia. Od wyjścia z tego pomieszczenia do najbliższego miasta jest ponad 10 kilometrów. Powodzenia - razem z wygaśnięciem małego ekranu otworzyły się drzwi po przeciwnej stronie pokoju

- To wszystko!?!? - krzyknął zdumiony Harry. - A gdzie resocjalizacja?? Przecież jestem kryminalistą, nie możecie mnie od tak wypuścić! Jego protesty nie spotkały się jednak z jakimkolwiek odzewem. Cisza, jaka ogarnęła pokój, zagłuszana była tylko przez krople deszczu delikatnie uderzające o liście drzew za otwartymi drzwiami. Nieco zrezygnowany tym pierwszym rozczarowaniem Harry wyszedł. Gdy jego ciało zmoczyły ciepłe krople przyjemnego, lekkiego deszczu, uśmiechnął się.

'No, to zaraz zobaczymy to idylliczne, doskonałe społeczeństwo, które tak chciałem ujrzeć. Może w tym szaleństwie jest jakaś metoda?' nieco bardziej ożywiony stwierdził i badawczym wzrokiem zlustrował okolicę. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to pustka. Nie było tutaj żywej duszy. Udał się więc wzdłuż drogi, która prowadziła do miasta widocznego z daleka. Niewiele różniło się od wielkich osad z epoki Harrego. Na pierwszy rzut oka. Gdy zaczynał dochodzić do miasta, pojawiły się pierwsze zabudowania. Stare, zniszczone przez czas i przemoc baraki, murowane domy z wybitymi oknami. Do jego uszu doszły też różne dźwięki. Krzyki, gwizdy, szczęk metalu, daleki huk wystrzałów.

Nie przypominało to uporządkowanych odgłosów zarejestrowanych setki lat temu przez mózg byłego strażnika. Na peryferiach miasta dostrzegł już ludzi. Byli dość dziwni. Każdemu gdzieś się spieszyło. Każdy idąc szybkim krokiem rozglądał się nerwowo wokół siebie. Atmosfera była wyraźnie bardziej napięta, niż to sobie przypominał, przywołując obrazy Michigan, gdzie kiedyś pracował.

W końcu jego wzrok spoczął na starszym mężczyźnie z brodą, który szedł bez pośpiechu oglądając wyraźnie pudełko wyniesione przed chwilą ze sklepu. Czasem tylko marszczył brwi, patrząc się podejrzliwie na mijających go ludzi. Nieznajomy był wyraźnie zadowolony z nowego nabytku. Harry postanowił podejść do tego człowieka, którego ocenione z bliska ubranie świadczyło o tym, że dużo przeszło. Z wielu cisnących się do ust kwestii, nad którymi długo myślał, wybrał tą podsuniętą mu przez zniecierpliwienie dające o sobie znać coraz bardziej od wyjścia na dwór.

- Przepraszam pana bardzo - zapytał nieśmiale Harry, który czuł nieodpartą potrzebę zaspokojenia swojej ciekawości - obudzono mnie niedawno ze snu hibernacyjnego - nieznajomego wyraźnie to zainteresowało, musiał widocznie wiedzieć, o co chodziło Harremu - i chciałem się dowiedzieć, co wasze społeczeństwo teraz zrobi, żeby zapobiedz moim dalszym zbrodniom?

Żaden z dopiero co obudzonych kryminalistów na pewno nie spytałby najpierw o coś takiego. Harremu też wydało się to głupie, ale on po prostu musiał wiedzieć jak najszybciej. Wystarczająco długo już czekał. Nieznajomy też musiał uznać to pytanie za śmieszne i nie na miejscu, bowiem wybuchnął gwałtownym i niepohamowanym śmiechem. Klepnąwszy się w konalo stwierdził, przerywając słowa rechotem.

- Chcesz wiedzieć, co robimy z przestępcami? - krzyknął rozbawiony, powoli rozpakowując swoje dopiero co nabyte pudełko.

Wyjął z niego mechaniczny pistolet na kule rodem z XX wieku i najnormalniej w świecie strzelił Harremu prosto między oczy. Splunąwszy bez skrupułów na leżące ciało, spokojnie schował broń za pazuchę. Z chłodnym wyrachowaniem schylił się i wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki Harrego plik banknotów. Całe zajście nie zwróciło niczyjej uwagi, jakby takie rzeczy należały do normalnej panoramy miasta. Podobnie głuche pogwizdywanie nieznajomego, świdrujące ciszę wraz z dalekimi odgłosami innych krzyków, odbiło się tylko głuchym echem na opustoszałej już ulicy. Na odchodnym starszy nieznajomy mruknął tylko do siebie, przerywając nuconą melodię.

- Właśnie to robimy, synu.


Tomasz Bryja
Przedruk z magazynu GRANICE - dzięki !
Aby zaprenumerować magazyn GRANICE udaj się na : www.granice.triadanet.waw.pl



Banner przyjaciela