Witam serdecznie! Bez zbędnych wstępów... Nie jestem zadowolony ze swojej religii. I tak się zdarza. Nie wynika to z wymagań tej wiary stawianych przede mną, lecz z postawy ludzi ją wyznających. Z przykrością muszę stwierdzić, że z mojej religii, potocznie zwanej katolicyzmem, uczyniono religię śmierci, smutku i żałoby. Zasmuca mnie to tym bardziej, że kiedyś zwróciłem się na nowo w kierunku Kościoła, by wybrnąć z pewnych wyznaniowych "perturbacji". A tu okazało się, że w sumie nic się nie zmieniło. Dalej pozostałem pod wpływem kultu mrocznego, smutnego, pełnego łez i cierpienia, kultu tylko innego z nazwy: zwanego chrystianizmem.... Nie mogłem do niedawna w to uwierzyć, lecz my chrześcijanie czcimy śmierć, wynosimy ją na ołtarze, rozpamiętujemy ją, nasze świątynie przepełniamy ciepieniem i ascetycznym umartwianiem się. I proszę, nie podnoście głosów, że bluźnię, bo to nie prawda. Chcę tylko zwrócić Waszą uwagę na pewien fakt i przekłamania, jakim ulegamy. Ile razy w Piśmie Świętym widnieje napisane: "radujcie się"? Bardzo wiele. I co z tego? NIC. Jest całkowicie na odwrót. Przychodzimy na mszę, czasem nawet nie wiedząc po co, a jeśli już, to zanosimy tam nasze smutki, lecz o dziwo, nie wychodzimy z kościoła weselsi, radośniejsi i przepełnieni optymizmem. A na domiar wszystkiego panuje powszechne mniemanie, iż Bogu miłe są cierpienia i dlatego niczego innego mu nie przynosimy do Jego domu. Śpiewamy mroczne i przygnębiające pieśni. Są takimi mimo, słów o radości. Ale jak to brzmi groteskowo! Nakaz w pieśni: "Radujcie się!" w tonacji molowej? Czyżby ciągle istniał w nas stereotyp Boga średniowiecznego, dla którego trzeba się biczować i umartwiać ciało i ducha? Chyba już nie, lecz mentalność mamy podobną. A do tego wszystkiego nie wiemy jak rozmawiać z naszym Bogiem. I to ostatnie jest najbardziej przerażające. Wciąż Go tylko przepraszamy, błagamy, dziękujemy... nie mówię, że to jest złe, ale który ojciec chciałby mieć tak dupowate (sorry za określenie) dzieci??? Ojciec jest chyba po to, by pomóc dziecku się uniezależnić, a nie na odwrót: uzależnić je od siebie. Nie oznaczałoby to odejścia od Ojca, skąd! Jednak w większym zakresie korzystalibyśmy z wolnej woli, więcej staralibyśmy się zrobić sami, niż tylko uciekać się w największych duperelach do Boga... Dlaczego zanosimy Mu przed ołtarz jedynie smutki i cierpienia? A z resztą!... zapętliłem się... Kapłani nasi chodzą na czarno ubrani... wiem, to oznaka pokuty, ale to chyba jakaś pomyłka: pokuty??? księża??? Zbyt dużo mógłbym sypać przykładów tutaj i to przykładów z własnych doświadczeń, a nie z drugiej ręki, lecz już to mnie nie bawi. Teraz ksiądz jest mi tylko potrzebny do przeprowadzenia mszy. Nie mi ich sądzić. Ich grzechy nie są moimi, więc niech tam sobie grzeszą i łamią wszelkie zasady; ja ich nie "naprawię", bo sam ze sobą mam już straszne problemy... ;) Obecnie we Wrocławiu są przez 10 dni relikwie św. Wojciecha. To jest następne nieporozumienie. Ludzie zchodzą się do Katedry, by pomodlić się do palca albo języka denata. Wychwalają to, obnoszą w procesjach, trzymają w złotych urnach... Dla mnie to nic innego jak profanacja, dlatego perspektywa bycia świętym mnie nie pociąga. Już wolę przenaczyć swoje ciało na cele naukowe, choćby dla studentów akademii medycznych. Mówię serio. Właśnie, całe to wychwalanie obrazów, rzeźb i innych RZECZY. To coś podobnego do złotego cielca, nie uważacie? Ktoś kiedyś mi powiedział, że te wszystkie przedmioty mają pomóc wyobraźni.Hmmm, jeszcze ujdzie, ale w rzeczywistości sprawy zaszły dalej. Nie będę ich tu roztrząsał, bo jeszcze zbyt wiele osób zbulwersuję, czego nie chcę i nie to jest celem arta. Jednak zastanowiłbym się, czy te obrazy nie zasłaniają nam prawdziwego Boga i Chrystusa? Bo czy potrafimy go poczuć w sobie, a nie doszukiwać się w godzinnych wpatrywaniach się w czyjeś płutno lub rzeźbę? Ehhh... chyba będę powoli kończył, bo zchodzę na tematy, które mogą postawić mnie w świetle fanatyzmu, a to mijałoby się z prawdą. A do tego wszystkiego frymarczy się tym wszytskim, "co łaska" , żałuję, że tak jest a nie inaczej, naprawdę szkoda...
SaMMaR of Korozone
<Przedruk z magazynu demoscenowego MEASURE>