- Jim, ile ci zostało ?
Jim nie odpowiedział. Nie usłyszał pytania, a może nie chciał usłyszeć?. W jego umyśle przewijały się obrazy z jego dzieciństwa na Ziemii. Gdy wraz z kolegami latali z kijami po podwórku, udając że to co trzymają w rękach to najnowsze typy broni. Beztroskie lata człowiek nie myślał o niczym, nie miał żadnych problemów. Przypomniał sobie jak wtedy było mu dobrze, był mały nie wiedział co to życie. A teraz... Teraz jest uwięzony tu na Fobosie. Być może już nigdy nie wróci. Kto by przypuszczał że zwykła wyprawa rozpoznawcza, przeprowa - dzana już tysiące razy, tym razem zakończy się tak nieszczęśliwie dla czwórki przyjaciół. Do przylotu ekipy ratunkowej pozostały cztery godziny, a w jego butli tlenu zostało tylko na trzy i pół.
- JIM !!!- ostrzejszy głos Toda wyrwał go z transu.
- Co?
- Ile ci zostało tlenu?
- Mi... nie. Mi nie starczy. Mi zostało tylko... tylko trzy godziny - wyraźnie się plątał w wypowiedzi.
- Ja mam w butli jeszcze dwie... no dwie i pół godziny. - stwierdził Tod.
- Mój wskaznik pokazuje jeszcze trzy i pół godziny - powiedziała Karen.
- A ty Martin?
- Ja? Mi zostało... - Martin spojrzał na wskaźnik na przegubie dłoni. Wyraźnie pobladł, a po jego czole sciekła kropelka potu. - Ja... a gówno cie to obchodzi za ile umrę!!!
Cała trója spojrzała na Martina. On jeszcze bardziej, jeśli wogóle można bardziej, pobladł. Jego oczy biegały po całej kabinie promu bez najmniejszego celu, zatrzymując się na dokładnie znanych przedmiotach. I na co zdało mu się teraz, że poznał na kursach dokładne, aż nadto dokładne działanie każdego z nich. W końcu jego wzrok zatrzymał się na laserze, używanym do odłamywania kawałków skał na próbki. Pomyślał o czymś, o czym wolałby nie pomyśleć. Odwrócił się i skoczył do lasera. Gdy Tod i Jim zorientowali się o co mu chodzi było już za późno. Jeszcze niedawno całą paczką śmiali się, oblewali w barze ostatnią udaną misje, a teraz jeden z nich trzyma pozostałych na muszce lasera ustawionego na zabijanie.
- Martin, chyba ci odbiło - wrzasneła Karen swoim piskliwym głosiekiem.
- Ja... ja nie chce umierać.
- My też nie chcemy, ale nie możemy panikować. Musimy coś postanowić albo wszyscy zginiemy.
Tod zawsze starał się myśleć racjonalnie i nie poddawać się emocjom, lecz sytuacja w której się znaleźli była beznadziejna. Mało powiedziane sytuacja była tragiczna. Tod wystawił ręce przes siebie pokazując, że nie ma złych zamiarów i powoli zbliżał się do Martina.
- Nie podchodź.
- Spokojnie, oddaj broń i wszyscy razem zastanowimy się nad rozwiązaniem tego problemu - nadal nie przestawał się zbliżać do Martina.
- Powiedziałem NIE PODCHODŹ... Strzele, nie żartuję. Ja nie chce umierać - zamknął oczy jakby nie chciał w tym wszystkim uczestniczyć. Chciałby być gdzie indziej. Zacisnął zęby i wcisnął spust.
Tod otworzył oczy. Odetchnął z ulgą, nic mu się nie stało. Promień lasera minął jego hełm "o włos". Martin siedział w kącie ze spuszczonym miotaczem, ciągle jeszcze nie otworzył oczu. Tod szybko otrzeźwiał i kopnął miotacz jak najdalej od Martina. Chwycił za linę i z drobną pomocą Jima spętał niedoszłego zabójce.
- Ten wredny psychopata rozwalił radiostacje - ledwo przecedziła przez zaciśnięte ze złości zęby Karen.
- Cicho nie mówcie tyle, marnujecie tylko tlen. Należy pomyśleć jak się stąd cało wydostać.
Cisza.
- A może weźniemy tlen tego psychopaty podzielimy się tak aby każdemu starczyło i całą trójką wrócimy na stacje. - Jim spojrzał na Martina, siedzącgo ciągle w końcie i patrzącego się w ziemie, a potem przerzucał wzrok z Karen na Toda i z powrotem, szukając poparcia.
- Nie możemy tego zrobić, przecież to jest nasz przyjaciel, tyle żeśmy razem przeszli. - powiedziała to, ale nie był za bardzo do tego przekonany - Jim pamiętasz jak musieliśmy ewakuować się ze stacji. Martin na nas czekał, mimo że bezpieczny czas odlotu dawno minął.
- Karen ma racje nie możemu mu tego zrobić postąpilibyśmy tak jak on myśląc tylko o sobie - Tod skarcił wzrokiem Jima.
- Ja myśle... a może tak wypuścimy powietrze z butli do kabiny i będziemy tak czekali na pomoc.
- I wtedy wszyscy zginiemy. Jeden z nas musi się, jakby to powiedzieć, "poświęcić", aby reszta mogła przeżyć. - Jim wkońcu zebrał się na odwagę aby to powiedzieć.
- To jest okropne.
- Może i tak ale to jest jedyne wyjście. - poparł go Tod.
Dlaczego to zrobił. Tod nie zastanawiał się nad rozwiązaniem problemu tlenu. Dzwił się dlaczego Martin teraz tak zareagował. Na stacji przecież na nich poczekał, chociaż, tak jak teraz groziła mu śmierć. Być może wtedy było zbyt mało czasu do namysłu. Teraz mógł się zastanowić, przemyśleć wszystko i wyszło mu że powinien ratować własną skórę. Przecież każdy normalny człowiek myślinajpierw o sobie. Nawet gdy mówi i sprawia wrażenie że tka nie jest, gdzieś w głębi duszy plącze się ta mała iskierka życia, która każe mu myśleć o sobie. Wkońcu obiekt filozoficznych rozważań Toda powoli podniósł głowę, spojrzał na zmartwionych przyjaciół i powiedział:
- Ja to zrobię. - wypowiedział te słowa z najnormalniejszym spokojem.
Tak samo jak wypowiadał setki innych słów, lecz tym razem wydawał wyrok na samego siebie.
- Co???
- Ja się poświęce. - Martin mówił to z zadziwiającym jak na tę okoliczność sposobem - Oddam wam mój tlen, a wy spokojnie poczekacie na pomoc.
- Skąd mamy wiedzieć, że to nie jest to podstęp, że poprostu nas nie zaszlachtujesz gdy cię uwolnimy. - Jim nie chciał uwierzyć, że właśnie on to mówi. On który jeszcze przed chwilą zabiłby za tlen, teraz chce go oddać. Rzekomy psychopata dosięgnął pokrętła przy butli z tlenem i zakręcił je.
- Stąd - rzekł ostatnim tchem.
Pozostała trójka widziała co on zrobił, lecz mimo to nikt się nie ruszył. Nikt nie podszedł do niego, nie zatrzymał go. Stali jak słupy i patrzyli jak jeden z nich się dusi, aż wkońcu umiera.
- Głupek!!! - stwierdziła ze łzami w oczak Karen.
Jim zdjął butle ze zwłok i spojrzał na wskaźnik.
- Nie całe cztery godziny. Do przylotu ekipy ratunkowej pozostały trzy i pół godziny. Karen ty dostaniesz godzine.
- Mi tez brakuje godziny - orzekł Jim odrywając wzrok od wskaźnika na przegubie.
- Dobra ja wezme jeszcze dwie godziny i będziemy mieli po cztery godziny, to daje pół godziny zapasu.
- Teraz nic nie mówcie, aby nie marnować tlenu.
RAPORT Z AKCJI RATUNKOWEJ
O godzinie 16:37 czasu ustalonego otrzymaliśmy wezwanie o pomoc. Natychmiast wysłaliśmy dwie ekipy na ratunek. Po 4 godzinach i 27 minutach poszukiwań wkońcu jedna z nich znalazła rozbity prom. Po dokładnym przeszukaniu wraku znaleziono trzy trupy. Czwartego trupa znaleziono na drodze do stacji. Według przypuszczeń członków ekipy ratunkowej, przywłaszczył on sobie tlen pozstałych członków załogi i ruszył w kierunku stacji, lecz na 30 metrów od niej zabrakło mu tlenu. Dotychczas udało nam się ustalić jedynie jego imię. Brzmi ono: TOD.
Michał Meina
e-mail: michal@noname.zum.pl